Bez Blanika większe zainteresowanie gimnastyką?

LONDYN 2012. Równoważnia i ćwiczenia wolne to moje mocne strony. By zakwalifikować się do finału musiałabym wykonać niemalże perfekcyjne układy i liczyć na przychylność sędziujących pań - rozmowa z Martą Pihan-Kuleszą, olimpijką Kusego Szczecin w gimnastyce sportowej.
Marcin Gigiel: To już pani drugi występ na olimpiadzie. Teraz jest mniej nerwów niż przed startem w Pekinie?

Marta Pihan-Kulesza: Stres się jeszcze nie pojawił, ale pewnie emocje nie będą mniejsze. Mam tylko nadzieję, że tym razem okażą się one pozytywne.

Dla Pani to pewnie szczególne igrzyska. Startuje razem z mężem - Romanem...

- Razem zawsze łatwiej... Mąż jest dla mnie ogromnym wsparciem, choć jego występy dostarczają mi dodatkowego stresu. Mam jednak nadzieję, że to właśnie podczas startu Romka będę się mocno denerwowała, a gdy mi przyjdzie wystąpić - będę spokojniejsza.

Jest między wami rywalizacja, kto lepiej zaprezentuje się w Londynie?

- Nie, wolimy wspólnie kolekcjonować trofea. Teraz razem pracujemy na "markę", jaką jest nasze dość rzadko spotykane sportowe małżeństwo.

Olimpijską nominację wywalczyła pani w wieloboju, ale na igrzyskach może powalczyć również w ćwiczeniach na poszczególnych przyrządach. Finał w którejś z konkurencji jest w pani zasięgu?

- Tak. Równoważnia i ćwiczenia wolne to moje mocne strony. By zakwalifikować się do finału musiałabym wykonać niemalże perfekcyjne układy i liczyć na przychylność sędziujących pań. Mam nadzieję, że 29 lipca to wszystko się razem zagra. Chciałabym sobie zrobić taki fajny prezent imieninowy.

W londyńskiej hali, podczas styczniowych zawodów kwalifikacyjnych, wywalczyła pani - wraz z mężem - przepustkę na igrzyska. Magia areny znów pozytywnie zadziała?

- W styczniu było szczęśliwe, ale na Mistrzostwach Świata w 2009 roku już nie do końca [szczeciniance nie udało się zakwalifikować do finału w żadnej z konkurencji - red.]. Nie myślę w ten sposób o arenach, bo nie ma reguły. Już to sprawdziłam. Każdy występ jest inny, więc ta sama sala podczas różnych startów ma inną energię.

W Pekinie większość medali w gimnastyce rozdzielili między siebie reprezentanci Stanów Zjednoczonych i Chin. W tym roku będzie podobnie?

- Walka, zwłaszcza o drużynowe medale, rozegra się między Amerykankami, Rosjankami, Chinkami i Rumunkami. U mężczyzn głównym pretendentem do medalu jest Japonia. Do rywalizacji na pewno włączą się Chińczycy, reprezentanci USA, Rosji i Niemiec. Nie można zapominać też o Brytyjczykach, którzy startują u siebie i będą rewelacyjnie przygotowani.

W Londynie zabraknie mistrza olimpijskiego sprzed czterech lat - Leszka Blanika, który zakończył już karierę. Nie obawia się pani, że bez tej charyzmatycznej postaci zainteresowanie występem gimnastyków będzie w Polsce dużo mniejsze?

- Nie, myślę, że paradoksalnie może być nawet większe. Kibice będą chcieli zobaczyć, co inni polscy gimnastycy prezentują, jak ćwiczą. Poza tym mnóstwo naszych znajomych i rodziny są bardzo mocno zaangażowani w nasz udział w igrzyskach i obejrzą nasze występy. Nie wiadomo, czy akurat tę rywalizację pokaże TVP, ale na pewno będzie można znaleźć transmisję w Internecie.