Sport.pl

Sawrymowicz: Trener powinien być ze mną, ale nie ma mu kto zapłacić

Jestem świadom tego, że 4. miejsce we Francji to pewne rozczarowanie w kontekście tego, że byłem obrońcą tytułu. W Stambule na pewno będzie lepiej. Czy zdobędę medal? Tego nie wiem - mówi jedna z największych polskich nadziei medalowych przed Mistrzostwami Świata w Stambule, Mateusz Sawrymowicz.
Rozmowa z pływakiem MKP Szczecin

Mateusz Brzeźniak: Nie przebiera pan w słowach, jeśli chodzi o krytykę decyzji Polskiego Związku Pływackiego, który do Stambułu wyśle was bez klubowych trenerów. To powinien być standard?

Mateusz Sawrymowicz: Wiadomo, że miejsca trenerskie - tak jak zawodnicze - są ograniczone. Uważam jednak, że zawodnicy rokujący medalowe nadzieje powinni mieć swoich szkoleniowców. Na Igrzyskach Olimpijskich byłem jedynym zawodnikiem z finału, który nie miał swojego trenera. Bardzo mi to przeszkodziło, bo to moje 7. miejsce mogło być 4. Mówię o tym z dużym przekonaniem, bo czuję siebie i wiem, że forma przyszła kilka dni za wcześnie. Nie dotrwała do finału, bo chciałem udowodnić wszystkim i samemu sobie, że jestem w wielkim "gazie" i zrobiłem 2 dni ostrego treningu przez walką o medale. Powinienem wtedy odpocząć i zabrakło właśnie trenera, który uspokoiłby mnie. Niech PZP przemyśli swoje decyzje, bo ja naprawdę nie będę szczędził słów na takie działania.

W tym roku był pan 7. na IO, 4. na Mistrzostwach Europy na krótkim basenie, plasował się pan również w czołówce zawodów Pucharu Świata. Medal w Stambule byłby idealnym ukoronowaniem dobrego sezonu?

- Patrzę na czasy, a notuję całkiem niezłe rezultaty. W Chartres [ME] co prawda nie było rewelacji, ale tam też decyzją związku nie pojechał mój trener, tylko Przemek Stańczyć, który dopiero zbiera szlify. Nie przygotowywałem się specjalnie to tego startu. Jestem świadom tego, że 4. miejsce we Francji to pewne rozczarowanie w kontekście tego, że byłem obrońcą tytułu. W Stambule na pewno będzie lepiej. Czy zdobędę medal? Tego nie wiem. Nie potrafię przewidzieć jak wypadną rywale.

Mówi pan, że świetnie czuje się po powrocie do Szczecina. Ludzie z pańskiego otoczenia chwalili z kolei warunki w Stanach Zjednoczonych, gdzie ze względu na klimat nie miał pan swoich problemów z zatokami.

- Oczywiście, że tamten klimat był dużo lepszy. Teraz na szczęście nie ma tych problemów i bardzo uważam na zatoki. Przed IO było więcej środków przeznaczonych na przygotowania. Teraz do kolejnej olimpiady są blisko 4 lata i wszyscy o nas zapomnieli, a my musimy nadal trenować. Wszyscy oczekują, że za mniej niż połowę środków sprzed Londynu będziemy pływać niewiadomo jak. To błędne koło. Ludzie, którzy stoją za takimi decyzjami, powinni przyjść czasem na basen, zobaczyć jak to wygląda i mocno się zastanowić. Przed Londynem pływałem przez pół roku bez przerwy. Dzień w dzień oprócz niedzieli, która jest wolna. Muszę ciągle startować, żeby mieć na trenerów czy jedzenie. Po igrzyskach miałem jedynie 3 tygodnie odpoczynku.

W Stambule popłynie pan tylko na 1500 metrów stylem dowolnym. To zapewne cieszy pańskich trenerów i menadżera, którzy dość niechętnym okiem patrzyli na starty na 400 metrów. Pan z kolei zawsze chce popłynąć również na tym krótszym dystansie.

- 400 m nie idzie mi ostatnio najlepiej. To nie mój dystans. Moim dystansem jest 1500 metrów i więcej. Dlatego coraz poważniej myślę o otwartych wodach. Na pewno latem zaliczę dużo takich startów. Chcę wystartować na MŚ na 5 i 10 kilometrów. Myślę, że będę tam o wiele silniejszy niż na 400 metrów. Taki jest mój organizm i nie mam wyboru. Są sprinterzy, którzy nie potrafią pływać nawet na 400. Ja jestem długodystansowcem bez predyspozycji sprinterskich. Filip Zaborowski pływa podobny trening, do tego, który ja pływałem. Na 400 metrów jest bardzo szybki, ale na 1500 już nie do końca. Wszystko uwarunkowane jest genetycznie i fizjologicznie. Jeśli ktoś robi wszystko to albo jest wielkim talentem, który zdarza się raz na milion, albo jest tak "skokszony", że się świeci.

Przed Londynem współpracował pan w Stanach Zjednoczonych z Davidem Salo. Po Igrzyskach wrócił pan do Szczecina i wykonuje trening Kristofa Michaliszyna, którego nie ma jednak na miejscu. Jak przebiega taka współpraca na odległość?

- Nie jest to najlepsze rozwiązanie. Bardzo bym chciał, aby Krzysztof był na miejscu. Niestety, nie ma kto mu za to zapłacić. W zwykłej szkole w Anglii zarabia zdecydowanie więcej niż dostałby u nas. To naturalne, normalne i wszyscy go tam cenią. W Polsce nazywają go analfabetą i wyzywają od najgorszych, nie wiem z jakich przyczyn. Nie akceptują go w związku, chociaż to ja go wybrałem i zdanie działaczy nie powinno mieć żadnego znaczenia. Dla nich powinny liczyć się tylko moje wyniki.

not. mb