Sport.pl

Mateusz Sawrymowicz przed wyjazdem do Stanów: Nic, tylko lecieć!

- Po igrzyskach różne opcje były brane pod uwagę i sam nie do końca wiedziałem, co zrobię. Nie wyszło tak źle, ale trenowałem w zasadzie w pojedynkę. Zabrakło zawodników, z którymi mógłbym się ścigać, a to jest bardzo ważne - tłumaczy wyjazd do prestiżowej grupy treningowej w Los Angeles aż do igrzysk w Rio de Janeiro Mateusz Sawrymowicz.
Mateusz Brzeźniak: Na pańskiej stronie internetowej czytamy, że decyzja o wyjeździe do grupy treningowej w Los Angeles spowodowana jest brakiem postępów po olimpiadzie w Londynie. To jedyny powód?

Mateusz Sawrymowicz: Model współpracy na odległość z trenerem Kristofem Michaliszynem nie wypalił. Podobnie było, jeśli chodzi o próby porozumienia z trenerem Mirosławem Drozdem, który wyznaje zupełnie inną wizję mojego pływania niż ja sam. Nie mogliśmy się dogadać i stąd powrót do Stanów Zjednoczonych. Koszty przygotowań pod okiem Dave'a Salo są porównywalne do tych ze Szczecina. Za wynajęcie dla mnie basenu we Floating Arenie miasto płaci miesięcznie do 9 tysięcy złotych. To straszna suma. Przygotowałem biznesplan całego wyjazdu, biorąc pod uwagę przeloty, mieszkanie i jedzenie. Kwoty nie odbiegają od tego, ile potrzebowałbym tutaj, więc czemu nie? Nie tracę pewnie nic, dobrze się tam czuję. Nic, tylko lecieć.

Może pan liczyć na wsparcie sponsorów? Trudno ich znaleźć, zwłaszcza kiedy do następnych igrzysk daleko.

- Jest parę firm, które dalej są ze mną. To Swanson, który dostarcza mi odżywek i "kieszonkowe", to również inni. Mam nadzieję, że będzie ich coraz więcej. To 4. miejsce na mistrzostwach Europy i świata nie jest ani dla mnie, ani dla sponsorów rewelacją. Im bliżej Rio, tym chętnych powinno być więcej. Tym bardziej że w Stanach planuję tylko trenować. Nie będę miał tam na głowie niczego innego.

Dlaczego pomysł korespondencyjnego treningu z Michaliszynem, przy pomocy Przemysława Stańczyka na miejscu nie wypalił?

- Po pierwsze nie miałem nadzoru szkoleniowca. Na odległość to jednak nie to samo. Myślałem, że trener Michaliszyn wróci do Szczecina albo chociaż będzie tu częściej przyjeżdżał. Po igrzyskach różne opcje były brane pod uwagę i sam nie do końca wiedziałem, co zrobię. Nie wyszło tak źle, ale trenowałem w zasadzie w pojedynkę. Zabrakło zawodników, z którymi mógłbym się ścigać, a to jest bardzo ważne. Biorąc pod uwagę to wszystko, wyniki po Londynie nie były najgorsze.

Za wyjazdem przemawiają najlepsza na świecie myśl szkoleniowa oraz sparingpartnerzy ze światowej czołówki?

- Dokładnie. Do tego pogoda, dzięki której nie będę miał problemów ze zdrowiem. W Polsce towarzyszą mi one bez przerwy, niedawno przebyłem anginę. Do tego są zatoki, które nie pozwalają w ogóle pływać.

W grupie trenera Salo czekają na pana znane nazwiska. Przygotowując się do Londynu, trenował pan m.in. z Oussamą Melloulim - złotym w Pekinie [1500 m dowolnym - red.] i Londynie [10 km dowolnym - red.].

- Ta grupa została bardzo okrojona, bo wcześniej ludzie przychodzili i odchodzili, kiedy chcieli. Teraz będzie to tylko 20 osób, więc zwiększy się indywidualizacja, na której bardzo mi zależy. Spotkam tam chociażby Rebbecę Soni czy kilka Rosjanek z Yuliyą Yefimovą na czele. Nie wiem, co z Oussamą, który niedawno zaczął dopiero treningi po IO. Lista nie jest jeszcze zamknięta, ale na pewno zostaną tylko najlepsi.

Kiedy rozmawialiśmy ostatnio, snuł pan ciche plany startów na 5 i 10 kilometrów na otwartych wodach. Sprawa jest aktualna?

- Jak najbardziej. To pomysł na ten rok. Chcę to przetestować, ale zobaczę, jak oceni to trener w Stanach. Na tegorocznych MŚ w Barcelonie wody otwarte są zaraz przed basenem, więc trzeba zdecydować, czy warto. Interesują mnie 5 i 10 kilometrów, a zwłaszcza ten drugi, który jest najbardziej prestiżowym, bo olimpijskim dystansem.

Jeżeli pomysł wypali, to zobaczymy Mateusza Sawrymowicza na otwartych wodach podczas olimpiady w Rio de Janeiro?

- Bardzo bym chciał. Tym bardziej że 10 kilometrów na igrzyskach pływa się po występach w basenie, więc nie będzie to w żaden sposób ze sobą kolidowało. Moim najważniejszym startem pozostaje bowiem 1500 metrów stylem dowolnym.

Rozumiem, że odcina się pan tym samym od krótszych dystansów? Dotychczas często próbował pan pływać na 400 metrów. Ostatnio z mizernym skutkiem.

- Na 400 popłynę na jakichś zawodach, ale to nie jest mój główny cel. Jestem wytrzymałościowcem i te 400 m ostatnio w ogóle mi nie szło. Wraz z wiekiem będzie mi przybywało wytrzymałości i doświadczenia, które są istotne przy długich startach.

Na swojej stronie napisał pan też, że od teraz "liczą się tylko pudła". To nawiązanie do okresu po Londynie, kiedy zajmował pan znienawidzone przez sportowców 4. miejsca podczas ME w Chartres i MŚ w Stambule?

- W tamtym roku najważniejsze były IO. W Londynie wskoczyłem do finału i zająłem w nim nawet 7. miejsce. Byłem tym trochę zawiedziony, bo czułem się przygotowany na lepszą pozycję. O medal było tam bardzo trudno, a w mojej ówczesnej formie zdobycie go było raczej niemożliwe. Myślę, że 4. miejsce było jednak w zasięgu ręki. Mogę winić to, że nie miałem ze sobą trenera, który by mnie przystopował. Parę dni przed finałem poczułem się bardzo dobrze i w tym pozytywnym odczuciu pływałem mocniejsze treningi, których nie powinienem pływać. Później byłem "przykwaszony" i nie czułem się tak świeżo, jak powinienem.

Po igrzyskach był krótki basen i wspomniane ME i MŚ.

- No właśnie, tak to wyszło. Dalej byłem w czołówce i czasy nie były gorsze od wcześniejszych, więc tragedii nie było. Do medali brakowało niewiele. Z ME mogłem przywieźć jakiś krążek, ale pojechał ze mną Przemek Stańczyk, a nie trener, który układał plan przygotowań. Organizacja znów przekreśliła starania.

Rok 2013 to dla pana przede wszystkim mistrzostwa świata na długim basenie, które odbędą się na przełomie lipca i sierpnia w Barcelonie. Co jeszcze?

- ME na krótkim basenie, które są zimą w Danii. Na pewno znajdzie się też kilka startów w Stanach, ale muszę je jeszcze dopiąć. Na pewno popłynę pod koniec maja na zawodach, które są kwalifikacjami do MŚ w Barcelonie. Dzięki temu nie będę musiał lecieć do Polski, co wygenerowałoby stratę czasu, pieniędzy i energii. Oprócz tego chcę zobaczyć co z otwartymi wodami.

Do Polski i ukochanego Szczecina też pan zajrzy?

- Planuję latać tu 2 razy w roku. W grudniu, kiedy są ME na krótkim basenie, i po letniej głównej imprezie rozliczeniowej.

Skupmy się na głównym celu na najbliższe lata, czyli igrzyskach w Rio. Do Brazylii pojedzie pan jako doświadczony, 29-letni pływak. Wielu zawodników kończy kariery w młodszym wieku. Kolejne IO mają być ukoronowaniem kariery?

- Nie twierdzę tak. Chcę dociągnąć do igrzysk i zobaczę, jak będzie mi szło. Jeżeli przykładowo zdobędę olimpijski medal, to czemu miałbym rezygnować? Jest wielu starszych zawodników, którzy są grupo po trzydziestce. Zacząłem pływać, jak byłem mały, więc trochę już posiedziałem w tej wodzie. Zobaczymy, co będzie. Na pewno startuję do Rio.

Bije od pana duży optymizm, jeżeli chodzi o wyjazd. Nie ma odrobiny żalu, że pomysł z przygotowaniami w rodzinnym mieście okazał się nietrafiony?

- W Kalifornii również mi się podoba, zawsze chciałem tam pojechać. Co więcej, wiem już, jak tam jest. Po 2 latach treningów przed Londynem polubiłem Stany Zjednoczone. Wiadomo, że będzie się tęsknić za ludźmi, miejscami czy jedzeniem. W Los Angeles mam jednak paru znajomych i na pewno można spotkać tam bardzo pomocnych ludzi. W Szczecinie było ostatnio za dużo rzeczy, które nie pozwalały się skupić tylko na pływaniu, co odzwierciedlały wyniki. To często decydowało o medalu, sekundzie różnicy. Wielokrotnie były to sprawy organizacyjne, a teraz wszystko ma być dopięte. Będę współpracował ze świetnymi fachowcami i chcę coś zrealizować w 100 procentach.

Rozmawiał Mateusz Brzeźniak