Po Pekao Szczecin Open: Ślązak, co chce być góralem. How do You Feel Mr Panfil?

Ćwierćfinalista Pekao Szczecin Open już myśli o przyszłości. Chciałby młodych górali uczyć grać w tenisa. Jak przyznaje - trzecia runda w Szczecinie to na razie dla niego życiowy sukces
Minął rok 1987. Zaczął się 1988. Sztuczne ognie nad Zabrzem dopiero co zgasły. Życie zamarło, bo to dzień wolny - choć nie w kopalniach i hutach. Tuż po godz. 16 w zabrskim szpitalu na świat przyszedł Grzegorz. Ostatnie dziecko w rodzinie Panfilów. Grześ ma starszego brata i siostrę, ale prawie nie obchodzi urodzin.

- Niekiedy znajomi sobie przypominają "oj, Grzesiek ma urodziny" i wysyłają esemesa. Częściej bywa tak, że dzwonią drugiego stycznia i zaczynają od... "cześć, wczoraj miałeś urodziny... wszystkiego najlepszego" - śmieje się zawodnik Górnika Bytom.

Jak to często w przypadku tenisistów bywa, młody Grześ skazany był na tenis. Grał tata, brat i siostra. Tylko mama nie grywała i do tej pory nawet nie ogląda jego meczów.

- Nie może. Nie wytrzymałaby. Zbyt się denerwuje. Na mniej ważnych meczach bywała, ale jak gra jest o stawkę, nie wytrzymuje - mówi Grzegorz.

Grzegorz najpierw był w czołówce polskich kadetów, potem juniorów. W 2004 r. został wicemistrzem Europy 16-latków. W finale przegrał ze słynnym Chorwatem Marinem Ciliciem (zajmujący 24. miejsce w rankingu ATP, kilka dni temu został zdyskwalifikowany na dziewięć miesięcy za stosowanie dopingu).

W 2006 roku Panfil odniósł życiowy sukces w swojej młodzieżowej karierze. Wraz z Błażejem Koniuszem wygrali turniej deblowy wielkoszlemowego Australian Open.

- Dziś patera leży gdzieś w domu. Szczerze mówiąc, chętnie bym ją oddał w zamian za wygranie chociażby challengera takiego jak ten w Szczecinie - mówi Panfil.

W tym roku zaproszenie do naszego turnieju dostał Kamil Majchrzak - który dwa tygodnie wcześniej też triumfował w deblu, tyle że na US Open. W rywalizacji z Pere Ribą młody Polak nie miał wiele do powiedzenia.

- Tenis młodzieżowy ma się nijak do dorosłego. Jak odniesiesz sukces - typu wygranie juniorskiego wielkiego szlema - to może ci to pomóc w szukaniu sponsora i tylko tyle. Przecież finały turniejów wielkoszlemowych w przeszłości osiągali też Jerzy Janowicz czy Marcin Gawron. Jurek wybił się w dorosłym tenisie dopiero kilka lat później. Marcinowi się ta sztuka nie udała - mówi Panfil.

Cztery lata temu po raz pierwszy zawitał do trzeciej setki światowego rankingu tenisistów. To jakby przedsionek do tenisowej kariery na zawodowych kortach. Miejsca 250-300 pozwalają na grę praktycznie we wszystkich challengerach bez eliminacji.

- I właściwie to ja zachłysnąłem się tym. Zacząłem grać tylko w challengerach, całkowicie odpuszczając turnieje niższej rangi. Przyszły porażki, strata punktów i kolejne spadki w rankingu. Teraz muszę wracać - mówi zabrzanin.

Ćwierćfinał tegorocznego Pekao Szczecin Open znów wywinduje go w okolice miejsca 290. Jednak teraz Grzegorz zapewnia, że nie popełni błędu sprzed czterech lat. Ma opracowanych kilka wariantów kalendarza na najbliższe miesiące. Wszystko podporządkowane jest temu, by w styczniu być notowanym na tyle wysoko, żeby spróbować sił w eliminacjach Australian Open.

W Szczecinie przed rokiem miał sporego pecha. Grał u nas dzięki dzikiej karcie i w pierwszej rundzie dość łatwo ograł urodzonego - tak jak on - na Śląsku Petera Torebko (reprezentującego Niemcy). Potem trafił na Victora Hanescu. Jakaż to była piękna porażka. Grzegorz wygrał premierową partię po dwóch przełamaniach, a potem Rumun dwa kolejne - zacięte sety - po 6:4.

Grzegorz rok zaczął od przebywania w szóstej setce rankingu ATP. Mozolnie piął się w górę, by tuż przed Pekao Szczecin Open 2013 być klasyfikowanym na 344. miejscu. Mimo dobrych wyników osiąganych w tym roku i zauważalnej progresji tym razem dzikiej karty do singla nie dostał. Polski Związek Tenisowy - który rozdawał te zaproszenia - postawił na młodszych. Grzegorz ma już 25 lat.

- Nie czuję się na tyle. Jestem zdrowy, sprawny, wydaje mi się, jakbym miał 22, najwyżej 23 - twierdzi Panfil.

Młodzi Polacy z dzikimi kartami odpadali w poniedziałek i we wtorek po pierwszych meczach. Dobrego wrażenia po sobie nie zostawili. Inaczej Panfil. Najpierw przebijał się przez eliminacje, w których problemy miał tylko w ostatnim meczu. Potem - w pierwszej rundzie - gładko ograł Hiszpana Jose Checa-Calvo, klasyfikowanego przed turniejem trzy "oczka" wyżej niż Polak. To sugeruje, że potencjał Panfila sięga wyżej niż miejsce obecnie zajmowane.

Udowodnił to, ogrywając w kolejnym meczu Borisa Paszanskiego z Serbii, który teraz też jest w trzeciej setce, ale kiedyś był notowany na 55. miejscu i ma doświadczenie znacznie większe od Polaka.

Z dobijającym się do pierwszej setki Argentyńczykiem Diego Sebastianem Schwartzmanem Panfil przegrał niuansami.

- Byłem w tym meczu lepszy od przeciwnika w każdym elemencie tenisowego rzemiosła, to ja prowadziłem grę. Niestety, zabrakło kilku piłek trafionych w jego kort - mówił po porażce zadowolony z występu w Szczecinie.

Kilka godzin później wsiadł w samochód, którym ruszył na kolejny challenger. Tym razem do Rumunii. Tam wylosował w pierwszej rundzie zwycięzcę Pekao Szczecin Open 2011 - Portugalczyka Rui Machado. Jeśli go ogra, to ma szansę w drugiej rundzie zagrać z Borisem Paszanskim - tak jak w Szczecinie.

A potem życzymy mu upragnionych kwalifikacji Australian Open i dalszych awansów w tenisowych klasyfikacjach.

Grzegorz planuje żyć tenisem po wsze czasy. Już - wraz z bratem - tworzy akademię tenisową w górach, w Ustroniu, gdzie od lat ma mieszkanie. Tam też chciałby postawić hotel i łączyć trenowanie młodych tenisistów z usługami turystycznymi.