Triatloniści zatrzymali miasto. Największa sportowa impreza w centrum Szczecina za nami

Jedni padali na ziemię zaraz po przekroczeniu mety, inni choć zmęczeni i obolali, zdawali relacje z przebiegu zawodów. Ponad 460 ?ludzi z żelaza? ukończyło Unity Line Triathlon Szczecin z cyklu Enea Tri Tour.
Ruszyli o godzinie dziewiątej. Zawodnicy mieli do wyboru dwa dystanse: krótki (950 m pływania, 45 km jazdy na rowerze oraz 10,5 km biegu) lub długi (dwa razy większy). Do Szczecina zjechali sportowcy z całej Polski, kilku krajów Europy, był też Japończyk z Berlina.

- Bieganie po kamiennych uliczkach wspominam wesoło, bo cały czas mną trzęsło - relacjonował Iijm Ryuichiro. - Ale trasa biegu była wspaniała, naprawdę piękne widoki.

Nie obyło się bez małych wypadków

- Wpadłam na jakiegoś zawodnika, jadąc rowerem, kiedy ten zatrzymał się, by polać się wodą - mówiła zaraz po przekroczeniu mety pani Izabela (numer 1033). - Przewróciłam się, krew mi z nosa pociekła, poobijałam się. Ale nic poważnego się nie stało. Na razie jeszcze trzyma mnie w rydzach adrenalina, więc nie czuję bólu. Ale jutro oj, może być ciężko...

Wysiłek nikogo jednak nie przerażał. Podobnie jak pogoda - upał.

- Bieg w tym upale był naprawdę wyzwaniem, szczególnie że był ostatnim etapem. Był dla mnie zdecydowanie najtrudniejszy, pływanie natomiast było w porządku, aż takich prądów nie było - mówiła chwilę po biegu Paulina Kotfica ze Szczecina, która wygrała rywalizację kobiet na krótszym dystansie w czasie 2 godziny i 24 minuty.

Na warunki na trasie narzekał pierwszy zawodnik, który pojawił się na mecie, Kacper Adam z Częstochowy (2 godziny i 9 minut).

- Było momentami zbyt niebezpiecznie. Na trasę kolarską nagle wyszła kobieta z wózkiem. Gdzieś tam potem jakieś auto, potem tramwaj. Dla zawodników, którzy jadą z dość dużą prędkością, to niebezpieczne - mówił Kacper Adam.

Organizacyjne wyzwanie

Przeprowadzenie zawodów w centrum Szczecina było największym wyzwaniem dla organizatorów. Przed zawodami było sporo ostrzegających komunikatów, ale i tak od rana tworzyły się w mieście gigantyczne korki. Z przerwami kursowały tramwaje i autobusy. Do normy komunikacja zaczęła wracać po 15, gdy kończyła się rywalizacja na rowerach, a zaczynał się bieg uliczkami okolic Starówki. Wszystkie ulice zostały oddane do użytku po 18. Tak dużej imprezy sportowej w mieście jeszcze nie było. Nawet rozgrywany w centrum miasta Półmaraton Gryfa nie ma takiego zasięgu i kończy się po 3-4 godzinach.

Co ciekawe - w zawodach po raz pierwszy "wzięła też udział" Odra. Wcześniej pływacy w niej nie rywalizowali. Nie wszyscy będą wspominać tę próbę dobrze.

- Poczułem, jak coś uderza mnie w głowę. Nie wiem, czy to była czyjaś ręka, noga czy może boja. Zaraz po starcie dużo się działo. Zamroczyło mnie i zdecydowałem, że nie popłynę dalej. A szkoda, bo kilka miesięcy się do tego przygotowywałem - mówił mężczyzna w średnim wieku. Takich pechowców (także przez np. defekty rowerów) było dużo, dużo więcej.

- Mój syn właśnie przybiegł. To jego pierwsze zawody i może nie będzie pierwszy, ale jestem z niego bardzo dumna - powiedziała na mecie jedna z kibicujących pań. Większość obserwatorów to były rodziny lub przyjaciele startujących. W rękach mieli transparenty dopingujące swoich bliskich, gwizdki, a nawet wuwuzele.

Dodajmy, że na dystansie długim najlepsi byli Filip Przymusiński (4 godziny i 17 minut) i Martyna Chlebosz (5 godzin i 26 minut).