Błękitni w półfinale Pucharu Polski! Po raz drugi pokonali Cracovię Kraków

Już sam awans do ćwierćfinału był dla stargardzian największym sukcesem w historii 70-letniego klubu. Błękitni ani myśleli kończyć pięknej przygody.
W Stargardzie Błękitni sprawili niespodziankę, wygrywając z ekstraklasowym przeciwnikiem 2:0. Na wygraną absolutnie zasłużyli, ale dopisało im wtedy trochę szczęścia, bo bramki strzelili w końcówce, a jedna była samobójem. Wynik pierwszego spotkania ustawił rywalizację w rewanżu. Było jasne, że Cracovia zaatakuje. Było też jasne, że za kartki nie będzie mógł zagrać lider stargardzkiej defensywy Maciej Liśkiewicz.

- Mam trzech równorzędnych stoperów. Patryk Baranowski nie będzie osłabieniem zespołu - zaznaczył trener Krzysztof Kapuściński.

Baranowski i koledzy z defensywy roboty mieli sporo, bo "Pasy" szybko zepchnęły gości do obrony. Momentami nie schodziły z połowy Błękitnych i bramka dla gospodarzy była blisko. Marek Ufnal byłby bez szans, gdyby Paweł Jaroszyński ciut lepiej przymierzył główką, a tak trafił w słupek.

Od 25. minuty stargardzianie śmielej zaatakowali. Jakby wyczuli, że tzw. obrona Częstochowy nie skończy się niczym dobrym. Wyszli więc z trzema kontrami, raz przytrzymali piłkę na połowie rywala i wywalczyli rzut wolny. Po dośrodkowaniu jeden z obrońców wybił piłkę na 20. m, a tam doskoczył do niej Radosław Wiśniewski. Skrzydłowy kropnął co sił w środek bramki, ale zasłonięty bramkarz popełnił błąd przy interwencji i piłka wpadła do siatki. To oznaczało, że Cracovii do awansu potrzebne były aż 4 bramki. Tyle goli w jednym meczu Błękitni już tracili w tym sezonie w lidze - gdy przegrywali 0:5 w Kluczborku i 3:4 w Kołobrzegu. W Krakowie zespół był jednak zdecydowanie lepiej skoncentrowany.

Gorąco zrobiło się również w końcówce I połowy. Opiekun "Pasów" Robert Podoliński zdjął z boiska Hiszpana Armiche Ortegę, a wprowadził najgroźniejszego w ostatnich meczach ligowych swojego zawodnika - Miroslava Covilo. Silny ofensywny zawodnik od razu zrobił dobrą różnicę w grze swojego zespołu - raz groźnie strzelał, raz asystował. Błękitni gola jednak nie stracili i to był ich kolejny sygnał, że finał może być dla gości szczęśliwy.

- Defensywa i raz jeszcze defensywa. Musimy przede wszystkim pilnować wyniku, ale jak nadarzy się okazja do kontry, to trzeba skorzystać - mówił w przerwie Wiśniewski.

Gdyby Bartłomiej Poczobut w 48. minucie lepiej przymierzył przy strzale z linii pola karnego, to Cracovia już by się nie podniosła. Pomocnik minimalnie jednak przestrzelił, więc scenariusz spotkania się nie zmienił. Krakowianie parli do przodu - przyjezdni lepiej lub gorzej bronili swojej bramki. Często kotłowało się w polu karnym Błękitnych, Ufnal sporo się nabiegał, nakrzyczał, wybrudził, ale tak naprawdę gospodarze nie mieli bardzo czystych sytuacji. A Błękitni starali się to trzymać pod kontrolą, z rzadka wychodząc z kontrami, ale jak już to robili - było groźnie.

W 83. minucie było po emocjach. Obrona Cracovii zlekceważyła ambitnie walczącego o piłkę Bartosza Flisa, ten ciągnął do końca, zaatakował (czysto) bramkarza i wykorzystał jego błąd. Flis piłkę wyłuskał i trafił do pustej bramki. Ten gol rozwiał ostatnie wątpliwości. Skończyło się na 2:0, a w dwumeczu 4:0.

Zaraz po ostatnim gwizdku Błękitni odtańczyli taniec radości i podziękowali swoim kibicom. 4,5 tysiąca miejscowych sympatyków mogło tylko wygwizdać swój zespół.

W środę Błękitni poznają półfinałowego rywala. Oczywiście będzie nim Lech Poznań, który podejmie u siebie drugoligowy Znicz Pruszków. Kolejorz w Pruszkowie wygrał 5:1, więc dla niego rewanż jest tylko formalnością. Spotkania 1 i 8 kwietnia (dokładne terminy ustali Polsat Sport, który ma prawa do transmisji z pucharowych rozgrywek). Pierwszy mecz w Stargardzie.