Monika powalczy o medal

LEKKA ATLETYKA. Monika Pyrek (MKL Szczecin) w poniedziałek walczy o olimpijski medal w skoku o tyczce. Do finału szczecinianka przeszła z wynikiem 4,50 metra.
Najlepszy rezultat w kwalifikacji osiągnęła Jelena Isinbajewa, caryca tyczki oddała jeden skok na wysokość 4,60 m. Monika Pyrek i Anna Rogowska bez problemów przebrnęły przez eliminacje, w których wzięły udział aż 34 tyczkarki. Polki wysokość 4,50 m pokonały w drugiej próbie. - Jestem przekonany, że w finale wypadną równie pewnie - uważa wychowawca obu reprezentantek Polski, Edward Szymczak. Bezbłędnie poprzeczkę zawieszoną na poziomie 4,50 m pokonywało sześć tyczkarek: Jennifer Stuczynski, Swietłana Fieofanowa, Vanessa Boslak, Shuying Gao, Fabiana Murer, April Steiner-Benett. - Najważniejszy konkurs rozegra się w poniedziałek. Wtedy dokonania z eliminacji niewiele będą znaczyć. Nie ma potrzeby wcześniej odkrywać wszystkich kart. Monika i Ania tego nie zrobiły - podkreśla szkoleniowiec.

W ścisłej czołówce nie zobaczymy Czeszki Kateriny Badurovej. Wicemistrzyni świata z Osaki nie zaliczyła żadnej wysokości i szybko pożegnała się z konkursem. - Czeszka przez cały sezon zmagała się z paskudną kontuzją, konieczna była plastyka więzadeł w kolanie. Dziwię się, że w ogóle wystartowała. Szczęśliwa dwunastka to dokładnie te, których specjaliści spodziewali się w finale - mówi Edward Szymczak.

Pierwsza lokata wydaje się być zarezerwowana dla rekordzistki olimpijskiej (4,91 m) i świata (5,04) Jeleny Isinbajewej. Kwestia dwóch pozostałych miejsc na podium jest otwarta. - Marzę, żeby zajęły je dwie Polki, ale obiektywne szanse mamy na medal Moniki. Skacze równo, a poza tym to bitna zawodniczka. Do medalu powinno wystarczyć 4,80. Ma doświadczenie, więc kiedy stanie na rozbiegu, poradzi sobie ze stresem - mówi trener.



Mówi nasza tyczkarka

Teraz już się tak nie napinam



Natalia Jąder: Co różni Monikę Pyrek z olimpiady w Sydney sprzed ośmiu lat, Aten sprzed czterech od tej, która wystartuje w Pekinie?

Monika Pyrek: W Australii miałam dwadzieścia lat i nawet nie miałam świadomości, czym jest olimpiada. Startowi początkującej na wielkich arenach zawodniczce nie towarzyszyły wielkie oczekiwania, a mimo to wynik okazał się miłym zaskoczeniem. W Grecji było już inaczej. Byłam już rozpoznawalna. Wszyscy liczyli, że będę na podium i sama narzuciłam sobie ten cel. Sportowcom często, w zależności od wyników, towarzyszą uczucia euforii lub załamania, wolałabym tym razem uniknąć tych skrajności. Jestem o kilka lat starsza i czuję się zawodniczką spełnioną. Przez ten czas nazbierałam kilka medali w ważnych imprezach. Teraz już się tak nie napinam jak w Atenach, wtedy to była niemalże sprawa "życia i śmierci". Tu jestem spokojniejsza i bardziej wierzę, że się uda, niż dopuszczam do siebie myśl o przegranej.

Wróci pani z igrzysk usatysfakcjonowana, gdy.

- Będę miała pewność, że zrobiłam to, co tylko było możliwe. Nie mam nic przeciwko temu, by konkurs był zacięty, bo taki zostanie najdłużej w pamięci kibiców. A medal? Owszem, jest w sferze marzeń.

Ostatnim sprawdzianem przed igrzyskami był mityng w Monte Carlo. Zaliczyła pani 4,71 m, ale to chyba nie wszystko, na co panią stać?

- Jestem gotowa na pokonanie wysokości 4,80 m, bardzo dobrym wynikiem będzie wynik powyżej rekordu życiowego, są na to szanse. Wspomniany konkurs nie układał się najlepiej. Podczas zawodów wiatr uporczywie wiał w twarz. To było męczące i kiedy przyszło do skakania, do wyższych lotów zabrakło chęci i serca. Nie wykorzystaliśmy też dłuższej tyczki, której użycie pozwoliłoby mi na podwyższenie uchwytu, ale jeśli sytuacja będzie sprzyjająca, to zastosujemy to rozwiązanie w Pekinie.

Co zwróciło pani uwagę w czasie pobytu w Chinach?

- Szczególnie rzuca się w oczy uprzejmość ludzi. Przyjaźnie traktują gości z innych krajów i myślę, że to jest szczere. Kiedyś musiałam tu przenieść tyczki z hotelu na stadion. Wyręczało mnie jednocześnie kilka osób, które wyrywały sobie mój sprzęt z rąk. Byłam zakłopotana, bo do pokonania było zaledwie kilkanaście metrów, a tyczki i tak zawsze przenoszę sama.

Jakie cechy gospodarzy mogą być przeszkodą podczas igrzysk?

- Chińczycy są na wskroś uprzejmi, ale pewnych reguł nie są w tej chwili w stanie przełamać. Kłopot może się pojawić, jeżeli będzie potrzeba, żeby w krótkim czasie załatwić jakąś sprawę. W Chinach nawet na co dzień można się przekonać o tym, jak duża jest centralizacja decyzji. Banalną rzecz załatwia się drogą hierarchii, bo Chińczycy nie czują się upoważnieni do brania odpowiedzialności. Wszystkie prośby wędrują więc do właściwego przełożonego, co zabiera masę cennego czasu.