Nie ma już śladu po kontuzji

Moim marzeniem jest, by Pogoń awansowała do elity - mówi Marcin Bojarski, nowy pomocnik Pogoni, który może okazać się najlepszym transferem zimowej przerwy. Warunek: musi wrócić do swojej właściwej formy
Rozmowa z nowym pomocnikiem Pogoni

Łukasz Kasprzyk: To prawda, że przeprowadziłeś się do Szczecina ze względu na Piotra Mandrysza?

Marcin Bojarski: Było kilka czynników, które zadecydowały, że wybrałem Pogoń. Jednym z nich była osoba trenera. Drugim, że jest dla kogo grać. Dla piłkarza nie ma nic lepszego niż komplet publiczności. Uważam, że miejsce tego klubu jest w Ekstraklasie. Pamiętam, że na każdy mecz w elicie przychodziło po 11-12 tys. kibiców. Trzecim decydującym czynnikiem była długość kontraktu. Rozmawiałem z wieloma klubami, ale Pogoń zaoferowała mi najdłuższą - 2,5-letnią umowę. Dla 33-letniego zawodnika to bardzo ważne. Jeżeli wszystko dobrze się ułoży, to Pogoń może być moim ostatnim profesjonalnym klubem w karierze.

Trenerowi musiałeś się za coś odwdzięczyć?

- To był 2001 rok, byłem wtedy młodym zawodnikiem RKS Radomsko, graliśmy w Ekstraklasie. Trener Mandrysz dopiero rozpoczynał swoją karierę szkoleniową. Wszystko układało się wspaniale trenerowi i mi. W dwóch pierwszych wyjazdowych spotkaniach strzeliłem dwie ważne bramki: zwycięską w 90. minucie ze Śląskiem Wrocław, a w Lubiniu wyrównującą. Przyszedł "mecz o życie" na własnym terenie ze Stomilem Olsztyn. W tym spotkaniu sędziował Robert Werner. Kręcił nas niemiłosiernie. Wykartkował RKS, nie uznał mi strzelonej bramki. Teraz wiemy wszyscy, jak to się odbywało. Zagotowałem się i potraktowałem go nieprzyjemnie [zawodnik uderzył sędziego "z byka" - red.]. Na całą Polskę był raban, jak piłkarz mógł się tak zachować. Zostałem zawieszony na rok.

Gdzie wtedy trenowałeś?

- Pomógł mi trener Mandrysz, który zrozumiał całą sytuację, i Tadeusz Dąbrowski, prezes klubu. Zostałem ukarany finansowo, ale pozwolono mi trenować. Moja nieobecność źle wpłynęła na zespół, ponieważ gra w dużej mierze opierała się na mnie. Wszystko zaczęło się gmatwać...

Byłeś pierwszą kostką domina?

- Tak. RKS spadł z Ekstraklasy w dwumeczu ze Szczakowianką Jaworzno. Wspaniały początek kariery trenerskiej został ucięty, Piotr Mandrysz zniknął z karuzeli trenerskiej. Mocno się do tego przyczyniłem.

Trener Mandrysz ci wybaczył? Myśleliście w ogóle w takich kategoriach?

- Zdawałem sobie sprawę, jaki błąd popełniłem. Powiedziałem wtedy, że mam nadzieję, że kiedyś się spotkamy...

Do Pogoni przeszedłeś z Piasta Gliwice po groźnej kontuzji odniesionej w kwietniu zeszłego roku. W połowie grudnia twierdziłeś w wywiadach, że raczej nie masz szans grać na wiosnę na wysokim poziomie. Pod koniec grudnia powiedziałeś, że o kontuzji już zapomniałeś. Cudowne uzdrowienie?

- Po kontuzji byłem unieruchomiony na sześć miesięcy. Pod koniec listopada poszedłem do zarządu i zapytałem, jaka jest moja przyszłość w klubie. Ze swojej strony powiedziałem, że na chwilę obecną nie gwarantuję gry na wysokim poziomie, że na styczeń-luty mogę być gotowy do gry, ale nie mam takiej pewności. Oni stwierdzili, że nie wiążą żadnej przyszłości ze mną. W Gliwicach pracują wspaniali ludzie - zarząd klubu, koledzy z drużyny - ale pod każdym innym względem Piast nie powinien być w Ekstraklasie. Tam nic nie było, nawet stadionu. Rozegraliśmy 26 spotkań na wyjeździe, bo rozgrywaliśmy spotkania w Wodzisławiu. Dopiero na cztery ostatnie pojedynki wróciliśmy na swój obiekt.

Może po prostu nie chciałeś już grać w Piaście?

- Wszystko się nałożyło. Wystarczyło, by prezes powiedział: liczymy na ciebie w rundzie rewanżowej! Dostałem inny, jasny i czytelny sygnał.

I zgłosiła się po ciebie Pogoń. Zaoferowali ci taki sam kontrakt jak w Gliwicach?

- Nigdy nie poruszam tematu pieniędzy. Teraz dobry kontrakt znaczy dla mnie długi kontrakt. Chciałem podpisać na trzy lata, ale ostatecznie z prezesami doszliśmy do innego wniosku.

W kadrze Pogoni - po Olgierdzie Moskalewiczu - jesteś zawodnikiem, który ma największą liczbę spotkań rozegranych w Ekstraklasie, zdobyłeś tytuł mistrza kraju. Jaka będzie twoja rola w zespole?

- Trener jasno powiedział, że widzi mnie w ofensywie. W sparingach raz gram w środku, raz na prawej pomocy. Podejrzewam, że zostanę jeszcze wystawiony w ataku. Grałem kilkanaście lat w Ekstraklasie, nie jest łatwo utrzymać się na tak wysokim poziomie. W klubach, w których występowałem, byłem podstawowym zawodnikiem. Rzadko schodziłem z boiska. Podobną przygodę, którą chcę przeżyć z Pogonią, miałem z Cracovią. Niemal identyczna sytuacja - po rundzie jesiennej byliśmy na trzecim miejscu i udało się awansować do Ekstraklasy.

W sezonie 2004/2005 strzeliłeś jedyną bramkę przeciwko Pogoni.

- Pamiętam. Wygraliśmy 4:2 po bardzo dobrym meczu. Zawsze się przeciwko Pogoni fajnie grało. Zwłaszcza w Szczecinie przy takiej publiczności.

W sumie przeciwko portowcom rozegrałeś jedenaście spotkań. Tylko raz przegrałeś, występując w Rakowie Częstochowa. Jedną z dwóch bramek strzelił wam... Piotr Mandrysz.

- Tak, pamiętam. Trener Mandrysz, o ile się nie mylę, strzelił nam gola w 7. minucie z rzutu wolnego. Byłem wtedy młodym chłopaczkiem.

Znacznie więcej razy triumfowałeś przeciwko Pogoni, bo aż sześć razy.

- To już nie ma znaczenia. Moim marzeniem jest to, by Pogoń awansowała do elity. Tu na każdym spotkaniu będzie komplet, naprawdę! Większość chłopaków z kadry nie zadebiutowała w najwyższej klasie, mogę im powiedzieć, że to coś wspaniałego. Grałem w I lidze 80 spotkań, ale z całym szacunkiem - to nie oddaje atmosfery Ekstraklasy. Pomijam kwestie finansowe. Szczecin musi mieć Ekstraklasę, to nie podlega dyskusji. Przyszła liga będzie szalenie atrakcyjna, oddawane będą do użytku także nowe stadiony! Ze swojej strony obiecuję, że wiem, po co przyszedłem. Z niejednego pieca chleb jadłem i wiem, że jest potencjał w zawodnikach.

W tobie także, pod warunkiem że wrócisz do swojej dawnej formy. Jest na to szansa?

- Nie ma już śladu po kontuzji, ale dziewięciu miesięcy nicnierobienia nie da się oszukać. Każdy trening i sparing są dla mnie na wagę złota. Powoli dochodzę do siebie. Czuję się coraz lepiej, ale wiem, że to nie jest jeszcze właściwa forma. Mamy za sobą dwa zgrupowania. Pozostał miesiąc do ligi, więc zaczynamy trenować nad szybkością, efekty powoli są widoczne.

Tak długi kontrakt oznacza, że przeprowadzasz się z rodziną do Szczecina?

- Przez cztery miesiące będę sam, znalazłem już sobie mieszkanie i w czerwcu dołączy do mnie rodzina. Mam wspaniałą żonę i dwóch fajnych synków. Starszy ma osiem lat, młodszy trzy. W związku z tym, że synek ma w tym roku Komunię, nie chcę mu mieszać. W czerwcu mam nadzieję, że będziemy razem świętować awans do Ekstraklasy.

Synka zapiszesz do szkółki piłkarskiej?

- Trenuje w Akademii Piłkarskiej 21 Mirka Szymkowiaka i Tomasza Frankowskiego. Jak przyjedzie do Szczecina, zapiszę go do odpowiedniego rocznika Pogoni.

Jak spodobał ci się Szczecin?

- Po kilku poprzednich wizytach miałem wrażenie, że jest to miasto nowoczesne. Blisko granica niemiecka, Skandynawia...

Zawiodłeś się? Odpowiedz szczerze.

- Nie, nie... Ja jestem z Częstochowy i to miasto przypomina mi właśnie moje rodzinne strony. Przyjechałem tu pracować, na mieście nie spędzam dużo czasu. Jest tutaj lepsze powietrze i chyba więcej jodu. No i wakacje dla rodziny! Z Krakowa trzeba było jeździć kilkanaście godzin nad morze. Już rozmawiałem z żoną i dziećmi, że zwiedzimy całe wybrzeże. Nie każdy ma taką okazję.

"Dziękujemy za wszystko Ojcze Święty" - kilka lat temu zagrałeś z takim napisem na koszulce w meczu o punkty.

- Pochodzę z Częstochowy, wychowany jestem w religijnej rodzinie. Dużym przeżyciem była dla mnie audiencja z Cracovią u papieża Jana Pawła II. Dwa tygodnie po jego śmierci graliśmy u siebie bardzo ważny mecz z Legią Warszawa. I wtedy zrobiłem sobie specjalną koszulkę. W 93. minucie jest rzut karny dla Legii, ona go nie wykorzystuje. Jest dalej 0:0, a ja w 94. minucie strzelam bramkę! To był niesamowity mecz. Wiele rzeczy utwierdza mnie w przekonaniu, że Bóg istnieje.



Liczby Marcina Bojarskiego

195

tyle spotkań zawodnik rozegrał w najwyższej klasie rozgrywkowej (debiutował 6 kwietnia 1995 r. w barwach Rakowa w meczu z GKS Katowice 3:0)

35

bramek strzelił w Ekstraklasie (pierwszego gola zdobył 28 października 2000 r. w barwach GKS w w meczu z Ruchem Radzionków 3:0)

11

tyle spotkań rozegrał przeciwko Pogoni (6 razy wygrał, 4 remisował, 1 przegrał)

1

tytuł mistrzowski (z Legią, w sezonie 2001/2002)