Zwycięzca jest jeden i tylko on się liczy

Rozmowa z trenerem bramkarzy Pogoni
Łukasz Woźnica: Wielu kibiców, zwłaszcza tych młodszych, nie wie o tym, że brał pan udział w dwóch, rozegranych przez Pogoń finałach Pucharu Polski.

Zbigniew Długosz, dwukrotnie jako piłkarz Pogoni Szczecin był bliski zdobycia Pucharu Polski. W sobotę stanie przed trzecią szansą, tym razem w innej roli: Pewnie dlatego, że było to bardzo dawno temu. W 1981 graliśmy z Legią Warszawa, a w 1982 z Lechem Poznań. Bardzo miło wspominam oba mecze, choć obydwa przegraliśmy 0:1. Do trzech razy sztuka - może uda się to w tym roku i chciałbym, żeby taką puentą zakończył się mecz z Jagiellonią.

W 1981 roku wyszedł pan w pierwszej jedenastce, ale nie dograł do ostatniej minuty.

- Sytuacja wtedy była dramatyczna. Kilka minut przed końcem meczu został podyktowany rzut karny dla Legii. Trener Jerzy Kopa zagrał va banque i postanowił zdjąć mnie z boiska, i wpuścić nieżyjącego już niestety Marka Szczecha. Nie mogłem pogodzić się z tą decyzją. Długo nie schodziłem z murawy i być może także dlatego Legia nie wykorzystała jedenastki. Jako ciekawostkę powiem, że ustawiłem się wtedy za bramką i kazałem rzucać się Markowi w prawy róg. Poszedł w dobrym kierunku i wybronił tę jedenastkę. W dogrywce brakowało nam dosłownie trzech minut. Niestety, po złym zagraniu mojego zmiennika, który zbyt płasko wybił "piątkę". Zawodnik Legii przejął piłkę. Jego uderzenie zdołał wybić za linię końcową Zbyszek Kozłowski. Po rzucie rożnym straciliśmy bramkę. Myślę, że w rzutach karnych bylibyśmy faworytami.

Gola, rozstrzygającego tamten mecz, zdobył Adam Topolski, który obecnie jest trenerem GKP Gorzów.

- Musiał pan to gdzieś wyczytać, bo ja nie pamiętam już takich rzeczy. Prawdopodobnie Krzysztof Adamczyk strzelał karnego, a bramkę zdobył Topolski. Zdam się na pana informacje, choć pewnie wszystko zapisane jest w książkach Floriana Krygiera (śmiech ).

Do meczu z Legią przystępowaliście jako drużyna z II ligi. Pucharu nie zdobyliście, ale awans wywalczyliście.

- Mamy z tego okresu fajne wspomnienia. Walka o awans była niesamowita. Przygotowywaliśmy się do rundy wiosennej na Węgrzech. Zastaliśmy tam zimę stulecia i nie mieliśmy gdzie trenować. Obóz nie wyglądał ciekawie. Nie doszlifowaliśmy formy tak, jak życzyli sobie tego trenerzy i sami zawodnicy. Z meczu na mecz podnosiliśmy jednak swoje umiejętności, dzięki czemu wywalczyliśmy ten awans.

Legia, z która minimalnie przegraliście w finale, dotarła później do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów.

- Nieraz wszystko się dziwnie układa. Legia w meczu z nami powinna przegrać, ale wygrywając, zaszła bardzo daleko. Takich przykładów można podać więcej. Tak samo było z Pogonią w II lidze przed rokiem, kiedy po zaskakującej wygranej z Gawinem Królewska Wola, pięła się ku górze tabeli. W finale Pucharu Polski rozgrywany jest tylko jeden mecz. Trzeba być mocno skoncentrowanym. Dramaturgia tych spotkań pokazuje, że mogą się skończyć w różny sposób. Oby Pogoń wzniosła puchar do góry. Tego bym sobie życzył.

W 1982 nie zagrał pan w finale z Lechem.

- Siedziałem na ławce rezerwowych. W tym drugim spotkaniu nie byliśmy już tak bliscy wygranej. Przegraliśmy tylko 0:1, ale w mojej ocenie Lech był lepszą drużyną i zasłużenie zwyciężył. Bramkę strzelił wtedy Mirosław Okoński. Sam udział w tym drugim finale stanowił dla mnie wielkie przeżycie. Kibice tego nie doceniają, ale po latach jest co wspominać. Dla niektórych zawodników Pogoni czymś niesamowitym jest to, że w tak młodym wieku zagrają w finale Pucharu Polski.

Dlaczego usiadł pan na ławce?

- Marek Szczech był wtedy bardzo dynamicznym bramkarzem. To był talent. Ja do wszystkiego doszedłem pracą. Miałem tylko wzrost i niesamowitą wytrzymałość. Marek nie miał jednak dobrej psychiki, ale akurat wówczas "był na fali" i to jego wystawił trener Kopa. W Pogoni wiele razy graliśmy o utrzymanie i kiedy wszystko się waliło, trenerzy przychodzili do mnie. Byłem i jestem bardzo odporny psychicznie. Marek zaczynał ligę, a później nagle brakowało punktów i do bramki wchodziłem ja. Duże znaczenie miała też dyspozycja dnia. Wracając do tematu, to muszę przyznać, że nie pamiętam wielu szczegółów. Nie wiem, co zdecydowało o tym, że w finale z Lechem trener wystawił Marka. Po prostu tak musiało być.

Wspomniał pan o Mirosławie Okońskim. W latach 80. zawodnik czterokrotnie sięgał po Puchar Polski. Dwukrotnie tryumfował w meczach z Pogonią.

- W tamtych czasach był jednym z lepszych zawodników. Robił z piłką wszystko, co chciał. Jego lewa noga była wówczas niesamowita - drybler nie z tej ziemi. Ciężko go było upilnować. Po jednym z kontrataków strzelił nam gola. Spotkanie z Lechem graliśmy we Wrocławiu, na stadionie, gdzie zaczynałem karierę piłkarską. Mecz odbywał się tuż przy moim domu rodzinnym, bo mieszkałem zaraz obok stadionu.

Arbitrem finałowego spotkania z Legią był Alojzy Jarguz. Pierwszy Polak prowadzący mecz mistrzostw świata. Rzeczywiście był dobrym sędzią?

- Jarguza uważano wówczas za jednego z lepszych arbitrów. Był sędzią międzynarodowym i prowadził mnóstwo spotkań, z których zbierał bardzo dobre recenzje, przez co jego notowania znacznie rosły.

Rok później pojedynek z Lechem prowadził Aleksander Suchanek, który w 2005 r. jako obserwator został zatrzymany w związku z zarzutami korupcyjnymi.

- Nie zajmuję się sprawami korupcyjnymi, ale z tego, co pamiętam, bardzo wysoko ceniłem pracę pana Suchanka. Nigdy nie miałem pretensji o to, jak prowadzi spotkanie. Sędziował nam między innymi dramatyczny mecz o utrzymanie z Bałtykiem Gdynia, który wygraliśmy 2:0. Robił to rewelacyjnie. Nie było do niego zastrzeżeń zarówno z naszej strony, jak i Bałtyku.

Trzecie podejście po puchar będzie szczęśliwe?

- To jest tylko futbol. Czytałem, że trener Probierz także dwukrotnie przegrywał w finale i też za trzecim razem chciałby wygrać. Liczę, że chłopaki zrobią wszystko, żebyśmy wygrali to spotkanie. Później mogą nie mieć na to szansy. Zwycięzca jest jeden i tylko on się liczy. Wiem to z perspektywy tych 28 lat.