50 lat legendy Floty w świnoujskim klubie. W sobotę benefis Leszka Zakrzewskiego

To najbardziej wyjątkowy kierownik drużyny w I lidze, a może i nawet w Polsce. Wyspiarzom oddał całe serce. Jego życiorys to już teraz gotowy materiał na film, a przecież pan Leszek wciąż dopisuje kolejne rozdziały w roli niezastąpionego członka świnoujskiego zespołu.
Urodził się 10 marca 1952 roku w Świnoujściu. Miłość do Floty zaszczepił mu świętej pamięci ojciec Zdzisław. Jako kilkuletni chłopak zabierany był przez ojca na mecze Floty w lidze okręgowej (obecnie III lidze). Od kwietnia 1964 roku był już piłkarzem świnoujskiego klubu.

- Wcześniej graliśmy na podwórkach: klasa na klasę, ulica na ulicę - wspomina. - Mieszkałem przy ul. Wielkopolskiej. Graliśmy też rozmaite turnieje. Byłem bramkarzem i podczas jednego z takich turniejów wypatrzył mnie trener Jan Kielar, który pełnił rolę dzisiejszego skauta. Prowadził we Flocie trampkarzy i zaprosił mnie na treningi do klubu. Wziął mnie za rękę i powiedział: "Widzimy się na stadionie".

Zagrał przeciwko Szarmachowi

Bramkarskiego talentu mu nie brakowało i bardzo szybko przebił się z drużyny trampkarzy do seniorów. W wieku 15 lat zadebiutował u trenera Jerzego Boboli w spotkaniu pierwszego zespołu. - To był mecz ze Światowidem Łobez. Przegraliśmy 1:4, ale grałem całe spotkanie - podkreśla pan Leszek, który powoływany był również do reprezentacji województwa szczecińskiego. - Uczestniczyliśmy w rozgrywkach o Puchar Jerzego Michałowicza. Grałem w kadrze dwa lata.

Marzenia o poważniejszej karierze bramkarskiej szybko przekreśliła choroba. Poważne powikłania po grypie sprawiły, że 21-letni golkiper musiał zrezygnować z treningów i gry w pierwszym zespole. Na pocieszenie pozostały mu występy w rezerwach i mecz przeciwko... Andrzejowi Szarmachowi.

- Jako A-klasowa drużyna wygraliśmy rozgrywki Pucharu Polski na szczeblu okręgu. W półfinale pokonaliśmy II-ligową wówczas Arkonię Szczecin 2:0. A w finale rozgromiliśmy Sokoła Pyrzyce 6:1. Na szczeblu centralnym zmierzyliśmy się z MZKS Gdańsk, w którym grał Szarmach. Odpadliśmy po porażce 0:1 - opowiada pan Leszek.

36 lat w roli kierownika

Problemy zdrowotne nie mogły przekreślić jego miłości do Floty. Nie mógł pomóc Wyspiarzom jako piłkarz, ale szybko zaczął spełniać się w innej roli. W kwietniu 1976 roku został kierownikiem drugiego zespołu, a dwa lata później trener pierwszej drużyny Ryszard Gaca zaproponował mu objęcie podobnego stanowiska przy swoim zespole.

- Tak się złożyło, że objąłem je po człowieku, któremu bardzo wiele zawdzięczam, Janie Kielarze - uśmiecha się pan Leszek. - Od tamtej pory jestem kierownikiem pierwszej drużyny, czyli 36 lat. Z Flotą przeżyłem cztery spadki i cztery natychmiastowe awanse. Czterokrotnie cieszyłem się ze zdobycia Pucharu Polski na szczeblu okręgu.

Po dramatycznym meczu wylądował w szpitalu

Pan Leszek najprzyjemniej wspomina awans zespołu do I ligi pod wodzą Petra Nemeca. Nie ukrywa, że największy zawód piłkarze sprawili mu w ubiegłym sezonie, gdy koło nosa przeszła im możliwość awansu do ekstraklasy. Zawsze stojąc przy ławce rezerwowych, obejrzał wiele niezapomnianych spotkań Floty. Pytany o najbardziej pamiętne starcie, wspomina mecz 1/8 finału Pucharu Polski z Amicą Wronki. Został on rozegrany w Świnoujściu we wrześniu 2003 roku. Po błędach arbitra Flota odpadła, ale to nie był koniec dramatycznych wydarzeń.

- Przegraliśmy 3:4, ale sędzia nas trochę skrzywdził. Po spotkaniu nasi kibice byli zdenerwowani i zaczęli atakować szatnię sędziów. Szef ochrony poprosił mnie o zabezpieczenie autobusu gości. Zostałem przypadkowo uderzony kamieniem w głowę. Policja przykryła mnie swoimi tarczami i wciągnęła do szatni. Wezwano pogotowie. Byłem nieprzytomny. Zabrano mnie do szpitala, gdzie spędziłem 7 dni. Odwiedzili mnie m.in. szef wojewódzkiej policji Andrzej Gorgiel i prezydent Świnoujścia Janusz Źmurkiewicz. A kibic, który uderzył mnie kamieniem, też przyszedł: z prezentem - relacjonuje pan Leszek

Nie dodaje, że ze szpitala wypisał się na własne żądanie. Dlaczego? Bo Flota grała kolejny mecz i nie wyobrażał sobie, że może go na nim zabraknąć.

Rodzina dużym wsparciem

- Trzy osoby, którym chciałbym szczególnie podziękować? Pierwszemu prezesowi Floty Mieczysławowi Szymańskiemu, trenerowi Janowi Kielarowi oraz pani Helenie Frankowskiej, radnej Świnoujścia - mówi bez wahania pan Leszek.

Największym wsparciem była dla niego zawsze żona Krystyna. - Mieszkaliśmy na jednym osiedlu i już wtedy mieliśmy się ku sobie - wspomina. - Miała bardzo duży wkład w moją pracę społeczną. Ożeniłem się w 1971 roku, gdy miałem 19 lat. W 1974 roku wzięliśmy ślub kościelny, teraz mija 40 lat. Żona bardzo mi pomagała przy wyjazdach: pakowała moje torby, pytała, czy wszystko wziąłem. Czekała, kiedy przyjadę. Żyła Flotą: podawała mi wyniki, analizowała ze mną ligową tabelę. Przeżywała moje porażki.

Państwo Zakrzewscy mają dwóch synów: Jarosława i Roberta. - Obaj grali w III lidze - opowiada pan Leszek. - Teraz pomagają mi w prowadzeniu firmy. Mam trzech wnuków i dwie wnuczki. Najstarszy, Łukasz, też pracuje w mojej firmie: Zakładzie Instalatorstwa Sanitarnego i Gazowego Leszek Zakrzewski.

Sponsor klubu

Jest chyba jedynym kierownikiem w Polsce, który nie otrzymuje od klubu wynagrodzenia. Wręcz przeciwnie. Z własnych pieniędzy sponsoruje piłkarzom stroje, na których zawsze można znaleźć logo z jego inicjałami.

Od świętej pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego otrzymał w 2009 roku brązowy Krzyż Zasługi. Odznaczony został też m.in. srebrną odznaką Gryfa Pomorskiego. Od 1982 roku jest członkiem zarządu Floty. W obecnej kadencji jest w prezydium zarządu.

W sobotę w Świnoujściu odbędzie się specjalny benefis poświęcony 50-leciu we Flocie Leszka Zakrzewskiego.