Sport.pl

Marcin Rosłoń: Skowronek może wypromować się w ekstraklasie

O słynnym wywiadzie Radosława Janukiewicza, problemach Mariusza Kurasa, wszechstronności Adama Frączczaka, wspaniałym meczu Legii z Pogonią i nie tylko opowiedział nam komentator stacji Canal Plus, a wcześniej zawodowy piłkarz i mistrz Polski z Legią Warszawa, Marcin Rosłoń
Mateusz Brzeźniak: Jako komentator ekstraklasy na pewno w mniejszym stopniu, ale jednak śledził pan rozstrzygnięcia w I lidze. Czy czekaliście na awans Pogoni jako marki, która przez wiele lat dużo znaczyła w polskim futbolu?

Marcin Rosłoń: Zdecydowanie tak. Na bieżąco śledziliśmy czołówkę I ligi. Bardzo długo w czołówce znajdowała się Termalica Nieciecza, a losy Pogoni i Piasta Gliwice były niewiadomą. Chrapkę na awans miał też Zawisza Bydgoszcz, a ja cały czas uważałem, że taka marka jak Pogoń jest ekstraklasie potrzebna. Pogoń to siła i kibice. Pewnie niektóre kluby ze Śląska będą narzekały na odległości dzielące Szczecin od reszty kraju, ale ja się bardzo cieszę z takiego obrotu sprawy. Jeszcze zimą - w kontekście transferów Hernaniego i Adriana Budki - twierdziłem, że to dobre ruchy.

I w ekstraklasie, i w I lidze najważniejsze rozstrzygnięcia zapadały w ostatnich kolejkach. To dowód na wyrównany poziom lig czy raczej pokłosie ich słabości?

- Chciałbym wierzyć, że są wyrównane. Cały czas wypatruję polskiego klubu, który powalczyłby o udział w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Okazuje się, że Śląsk Wrocław raczej nie dokona spektakularnych transferów, a kilku zawodników pożegnał. Podopieczni Oresta Lenczyka byli jednymi z najsłabiej punktujących mistrzów Polski. Gdy ja w 2006 roku zdobywałem tytuł z Legią Warszawa, to uzyskaliśmy 66 punktów, choć styl też nie był piorunujący. Ostatni rok ekstraklasy to średni obraz i nie ma co się oszukiwać, kombinować i opowiadać, że było genialnie, bo mieliśmy fascynującą końcówkę. Finisz sezonu w pewien sposób wynagrodził cały, przeciętny rok. W I lidze też był ścisk w czołówce, było bardzo dużo głośnych nazwisk, które przez lata wyrobiły sobie ogromny "przebieg" meczowy wśród najlepszych. I choćby ze względu na to poziom nazwałbym przyzwoitym.

Miał pan okazję oglądać pogoniarzy w akcji?

- Nie widziałem żadnego meczu Pogoni, więc nie chcę się wymądrzać co do stylu, w jakim portowcy wywalczyli awans. Swoją wiedzę opieram na materiałach prasowych i innych doniesieniach, kumpluję się z Bartkiem Ławą. Wiedziałem, że Pogoń musiała wygrać ostatni mecz w Gdyni i to się udało. Słuchałem też waszego bramkarza w jednym ze słynniejszych wywiadów, który chodził w internecie po meczu w Elblągu (śmiech ). Martwiłem się, że wiosną drużyna pogmatwała sobie życie i jej sukces do końca stał pod znakiem zapytania.

Zna pan tylko kapitana Pogoni, czy Szczecin wiąże się też z innymi znajomościami w kręgach piłkarskich?

- Z Bartkiem często widywałem się, jak grał w Arce Gdynia, a ja często przyjeżdżałem tam do swoich dziadków. Przyjaźnię się z Krzysiem Przytułą, który grał wtedy z Ławą w jednej drużynie. Bartka pamiętam też oczywiście z boiska. Kto jeszcze? W rezerwach Legii byliśmy razem z Adamem Frączczakiem. Adaś miał wtedy poważną kontuzję i za dużo się nie nagrał. Fajnie, że udało mu się wrócić do dobrej formy i będzie występował na boiskach ekstraklasy, bo to fajny chłopak z predyspozycjami do gry w piłkę. Zapamiętałem go jako walecznego, dobrze zbudowanego zawodnika, który świetnie gra głową.

Dziś to chyba najbardziej wszechstronny piłkarz Pogoni. Kolejni trenerzy wystawiali go w ataku, na obu skrzydłach, jako defensywnego pomocnika, aż wreszcie skończył na prawej stronie obrony.

- W Legii też występował jako prawy obrońca i patrząc na jego umiejętności, to chyba odpowiednia dla niego pozycja. Jest szybki i ma ciąg na bramkę.

Zdarzyło się panu wystąpić przy Twardowskiego?

- Pamiętam taki mecz z jesieni 2005 roku. Przyjechaliśmy do Szczecina z Legią i przyszło nam grać w wyjątkowo trudnych warunkach, bo deszcz lał jak z cebra. Miałem zagrać, ale ostatecznie trener Dariusz Wdowczyk na mnie nie postawił i całe spotkanie przesiedziałem na ławce rezerwowych. Było to znakomite widowisko, okraszone kapitalnym golem, którego Łukaszowi Fabiańskiemu strzelił Przemek Kaźmierczak. Prowadziliśmy wtedy już 2:0, kontakt złapał śp. Claudio Milar, a piękna bramka Kaźmierczaka doprowadziła do remisu. To był naprawdę świetny mecz z pełną dramaturgią, znakomitymi kibicami wspierającymi oba zespoły i aurą. Po meczu wracaliśmy do Warszawy nocnym pociągiem. Dzień po spotkaniu był dla mnie szczególny, bo brałem ślub. Jak się później okazało, to właśnie tym faktem trener Wdowczyk tłumaczył moją nieobecność w składzie. Grałem w poprzedniej i następnej kolejce, ale przeciwko portowcom szkoleniowiec chciał mnie oszczędzić i potem dostałem kilka dni wolnego.

W zeszłym roku do ekstraklasy awansowały ŁKS Łódź i Podbeskidzie. Pierwszy z tych zespołów spadł, a bielszczanie przez bardzo długi czas radzili sobie niespodziewanie dobrze i o utrzymanie mogli być spokojni. Jaki los wróży pan tegorocznym beniaminkom?

- Liczę, że będzie to los Podbeskidzia. W Bielsku-Białej byłem na meczu otwarcia i wydawało mi się, że będzie to zespół, który urwie kilka punktów silniejszym kadrowo zespołom. Przewidywałem jednak, że do końca będą musieli walczyć o pozostanie w ekstraklasie. Okazało się inaczej, bo Podbeskidzie potrafiło wygrywać, nawet przy Łazienkowskiej. Ten beniaminek był wyrównanym i walczącym zespołem, który potrafił pokonać najlepszych i zrobił bardzo dobre wrażenie. Oczywiście zdarzały się im wpadki, ale nie przegrywali z nikim po 0:7. Zazwyczaj toczyli wyrównane boje, w których starali się wykorzystać swoje główne atuty, czyli przede wszystkim stałe fragmenty gry. Mają też trenera, który był średnio znany, a okazało się, że nie trzeba ściągać jakiegoś wielkiego nazwiska, żeby pociągnąć zespół do utrzymania w ekstraklasie. Dla Podbeskidzia o wiele trudniejszy może być za to drugi sezon, bo "żółtodziób" niesiony siłą rozpędu zawsze ma łatwiej w pierwszym roku. Teraz czas na prawdziwy sprawdzian. Pogoń i Piast nie są zespołami przypadkowymi. Oba kluby od początku realizowały swój plan. Stawiam, że beniaminki nie będą odstawać od reszty.

Z pańskich opowiadań wynika, że wspomnienia ze Szczecina zachował pan raczej pozytywne. Kiedy wróci pan tutaj komentować któryś z meczów ekstraklasy, wrażenia mogą być jednak trochę gorsze. Stadion Pogoni należy do najstarszych w kraju i jego stan nie jest powodem do dumy dla szczecińskiego klubu.

- Wiemy, czym możemy się chwalić, bo mamy za sobą Euro 2012 i wiemy, jak wyglądają te najpiękniejsze stadiony w Polsce. Trzeba podążać tym tropem i zmiany muszą następować. Jak jadę do Zabrza, to też nie do końca jestem usatysfakcjonowany, bo przed sobą widzę jeden wielki plac budowy. Do niedawna podobnie było w Białymstoku i kilku innych miastach. Są jeszcze ośrodki, w których stadion musi się zbudować, a to nie trwa chwili. Weźmy choćby stadion ŁKS, dość mocno warunkowo dopuszczony do gry w ekstraklasie, bo myślę, że gorszego nie było. Nic tam się nie zmieniło przez kilkadziesiąt lat i tak jak ja kiedyś wychodziłem tam przez salę gimnastyczną i tunel na boisko, tak jest do tej pory. Kiedy mocno grzeje słońce, to w szatni nie da się tam wysiedzieć. Pamiętam cierpienia ugotowanego Mariusza Kurasa przed jedną z potyczek Pogoni z ŁKS. Pogoda nie przeszkadzała wtedy tylko grającym Brazylijczykom, których było bez liku. Liczę jednak, że Pogoń nie będzie klubem borykającym się z problemami finansowymi i pełnym nieporozumień od samego początku. Mam nadzieję, że portowcy wrócą do ekstraklasy jako w miarę skonsolidowany twór. Zespół, który może nie zaatakuje czołówki, ale przygodę wśród najlepszych zacznie od bezpiecznej lokaty w środku stawki.

Trenerem Pogoni został 30-letni Artur Skowronek. Człowiek trochę znikąd, który w seniorskiej piłce prowadził dotychczas jedynie Ruch Radzionków. Patrząc m.in. na Mariusza Rumaka z Lecha sądzi pan, że powierzanie posady szkoleniowca młodym trenerom powoli staje się obowiązującym trendem w ekstraklasie?

- Cieszę się, że otwierają się takie możliwości po tym, jak w jednym klubie wypalił Mariusz Rumak, któremu zresztą bardzo kibicowałem, bo od podszewki znałem kulisy jego zatrudnienia. Nie znamy się prywatnie, ale pokątnie słyszałem same dobre opinie na jego temat. Podobał mi się jego sposób bycia i to jak wpłynął na swój zespół. W odpowiednim momencie potrafił odsunąć Semira Stilicia, ale umiał też się z nim porozumieć. Stworzył zespół według swojej koncepcji i to mu się udało, bo Lech mógł przecież nawet zostać mistrzem Polski. Co do młodych szkoleniowców, jestem absolutnie na tak. Niech promują w ekstraklasie swoją wizję i pomysł na futbol. Nowi zawsze są chłonni na wiedzę, a przede wszystkim pozbawieni pewnych naleciałości, które mogą być niepotrzebne. Kiedyś popadliśmy w takie dziwne przeświadczenie, że w karuzeli trenerskiej muszą się mielić ciągle te same nazwiska. Okazuje się, że tak nie jest i trenerzy Kasperczyk, Rumak, Urban, Skorża czy Probierz też potrafią osiągać sukcesy. Dobrym przykładem jest też Kamil Kiereś, który sprawił, że GKS Bełchatów grał naprawdę ładnie w piłkę. To też pokazuje, że goście z nieznanymi nazwiskami mogą bardzo szybko je sobie wypromować.

Więcej o: