Sport.pl

Adam Frączczak przed Legią: Lepiej gra mi się 'pomocnika'

Nie mam żalu do nikogo z Warszawy. Nikomu nie muszę też nic udowadniać. No, może jedynie sobie, że ciągle mogę grać jeszcze lepiej - mówi przed poniedziałkowym meczem Pogoni z Legią Adam Frączczak
Po dwutygodniowej przerwie, spowodowanej meczami reprezentacji, wraca liga. W ósmej kolejce ekstraklasy Pogoń zagra z Legią w Szczecinie. M.in. o tym rozmawiamy z "uniwersalnym" piłkarzem Pogoni

Rozmowa z Adamem Frączczakiem

Mateusz Brzeźniak: Ostatnimi czasy często zostaje pan po treningach, aby pograć z którymś z kolegów w siatkonogę. Udało się już pokonać Bartosza Ławę, który jest mistrzem Polski w tej dyscyplinie?

Adam Frączczak: Z Bartkiem nie. Ostatnio graliśmy i było blisko, ale na niego chyba jednak nie ma mocnych (śmiech).

W wygranym meczu z Widzewem znów dobrze zaprezentował się pan na pozycji skrzydłowego. Gra w drugiej linii lepiej panu wychodzi niż na obronie.

- Faktycznie, lepiej czuję się na pozycji bocznego pomocnika. Gram wtedy bliżej bramki przeciwnika, co bardziej mi odpowiada.

Z występami w obronie wiąże się z kolei większa odpowiedzialność.

- Być może, ale w czasie meczu tego się nie odczuwa. Myślę, że moją największą bolączką w obronie było to, że często chciałem iść do przodu i potem brakowało siły na powrót. Odpowiedzialność ponosi każdy z nas, bo stosujemy przecież wymienność pozycji.

Widzewowi strzelił pan swoją pierwszą bramkę w ekstraklasie. Przy trafieniu kapitalną asystą popisał się Takafumi Akahoshi. Ćwiczyliście takie rozwiązanie na treningach?

- Cały tydzień poprzedzający mecz poświęciliśmy na pracę nad taktyką bez nominalnego napastnika. Chociaż Edi twierdzi, że jak najbardziej jest napastnikiem (śmiech). Takie były założenia, że Brazylijczyk będzie ściągał za sobą obrońców, a ja z Robertem Kolendowiczem będziemy wbiegać w wolne przestrzenie na boisku. "Aka" dysponuje świetnym podaniem i dzięki temu wyszła wspomniana akcja.

Nietypowym ustawieniem, które można określić jako 4-6-0, zachwyciliście pół piłkarskiej Polski. Wy też chyba dobrze się w nim czuliście, mimo że tę taktykę trzeba nazwać eksperymentalną. Myśli pan, że Pogoń częściej będzie korzystać z tego wariantu?

- Trudno powiedzieć. Do takiego rozwiązania zmusiły nas poniekąd kontuzje w drużynie. Wyszło dobrze, co pokazał mecz z Widzewem [wygrany przez Pogoń w Łodzi 3:1 - red.]. Jak wyjdziemy na innych przeciwników? Tak, jak ustawi nas trener. Od niego zależą kwestie taktyczne, a my mu całkowicie ufamy i staramy się realizować jego wizję.

W Łodzi, mimo prowadzenia, dalej nacieraliście na przeciwnika. Widać było, że chcecie wypunktować Widzew.

- W głowach siedział nam jeszcze mecz z Jagiellonią, w którym zwycięstwo wymknęło nam się z rąk w samej końcówce. To oczywiście było inne spotkanie, bo wtedy czuliśmy się słabiej fizycznie po wyczerpujących meczach z Wisłą Kraków i - przede wszystkim - Lechem Poznań. W Łodzi nie chcieliśmy popełnić tego błędu, nie daliśmy się zepchnąć do defensywy. Po straconej bramce na 2:1 wkradło się trochę nerwowości, ale poszliśmy za ciosem i to się opłaciło.

Powiedział pan o nerwowości. To ona była przyczyną ostrej sprzeczki, do jakiej pod koniec meczu doszło między Robertem Kolendowiczem i Radosławem Janukiewiczem?

- Ciężko to nazwać sprzeczką. Są takie momenty na boisku, w których puszczają nerwy. Każdy chce dobrze, nikt przecież nie lubi się kłócić. Robert coś powiedział Radkowi, Radek Robertowi i tyle. Po meczu wszystko sobie wyjaśnili.

Ale podczas meczu musieliście ich nawet rozdzielać.

- Bez przesady. Na treningach też się takie sytuacje zdarzają, to normalne. To nie jest tak, że ktoś kogoś nie lubi. Każdemu zależy na korzystnym wyniku. To normalna sytuacja, którą akurat wychwyciły kamery i być może w telewizji wyglądało to jakoś dziwnie.

Jako 20-letni chłopak trafił pan do rezerw stołecznego klubu. Kariery nie udało się zrobić, bo przytrafiły się kontuzje. Do ekstraklasy trafił pan okrężną drogą przez Dolcan Ząbki, Kotwicę i grę z Pogonią w I lidze. Już w poniedziałek [Pogoń gra z Legią w Szczecinie 22 października o godz. 18.30 - red.] będzie okazja, żeby udowodnić ludziom z Legii, że za wcześnie pana skreślili.

- Wcale tak nie uważam. Dostałem tam szansę, której po prostu nie wykorzystałem. Nie mam żalu do nikogo z Warszawy. Wręcz przeciwnie: jestem wdzięczny, że ktoś mnie wtedy zauważył. Wiele się w Legii nauczyłem. Nikomu nie muszę też nic udowadniać. No, może jedynie sobie, że ciągle mogę grać jeszcze lepiej. Na tym chce się skupiać.