Sport.pl

Maciej Mateńko: Nikt nie zabroni mi marzyć [CAŁY WYWIAD]

- Kiedy przychodziłem do rezerw Pogoni i pierwszy raz w szatni miałem Adama Frączczaka, Roberta Mandrysza i jeszcze kilku chłopaków z pierwszego składu, byłem bardzo stremowany i nie wiedziałem jak mnie odbiorą. Teraz nie mam żadnych oporów, żeby kilka mocnych słów skierować nawet do seniora - mówi trener III-ligowych rezerw Pogoni Szczecin.
Maciej Mateńko ma 38 lat. Jako piłkarz występował w barwach Stali Szczecin (dawna III liga) i Iny Goleniów. Jest absolwentem Instytutu Kultury Fizycznej na Uniwersytecie Szczecińskim i trenerem I klasy UEFA A. W roli szkoleniowca pracował z młodzieżą w Stali (z rocznikiem 1992 osiągnął finał Coca-Cola Cup - nieoficjalnych Mistrzostw Polski trampkarzy) i Chemiku Police. W tym drugim klubie z rocznikiem 1994 zdobył Mistrzostwo Polski Juniorów Młodszych. Obecnie jest trenerem III-ligowych rezerw Pogoni, z którymi w poprzednim sezonie wywalczył awans z IV ligi. Pracuje też w Wojewódzkim Ośrodku Szkolenia Piłkarskiego przy ul. Hożej.

Rozmowa z trenerem Pogoni II Szczecin

Mateusz Brzeźniak: Każdy szkoleniowiec z kopaniem piłki miał kiedyś coś wspólnego. Jak to było u pana?

Maciej Mateńko: Jako piłkarz związany byłem ze Stalą Szczecin, która występowała wówczas w dawnej III lidze. W momenciem, kiedy mieliśmy walczyć o awans, wzmocnili nas Adam Benesz, Andrzej Miązek i Sławek Rafałowicz, którzy akurat odeszli z Pogoni. Pojechałem wtedy z IKF-em na obóz narciarski, gdzie pozrywałem wszystko co możliwe w kolanie, łącznie z uszkodzeniem łękotki. Kiedy po długiej przerwie wróciłem do grania, to już tylko dla przyjemności u mojego trenera Zbigniewa Gumiennego w Inie Goleniów. Po kontuzji zacząłem pracę szkoleniową w Stali i gdy mecze Iny zaczęły zbiegać się ze spotkaniami moich grup młodzieżowych, zdecydowanie postawiłem na trenowanie.

Po kontuzji stwierdził pan, że graniem na chleb nie zarobi?

- Byłem na III roku studiów, miałem 23 lata. Powiedziałem sobie, że wielkim piłkarzem nie będę. Za późno zacząłem grać w piłkę, bo na pierwszy trening w klubie poszedłem dopiero w wieku 17 lat. Zdawałem sobie sprawę, że zawodowym graczem nie zostanę i postawiłem na naukę.

Do jakich wspomnień piłkarskich wraca pan najchętniej?

- Byłem napastnikiem, więc najlepiej wspominam bramki. Zwłaszcza dwie. Pierwszą strzeliłem Groclinowi Grodzisk Wielkopolski. Drużyna sponsorowana przez Zbigniewa Drzymałę szła wówczas, zdaje się, rok po roku od A-klasy do ekstraklasy. W momencie, kiedy mierzyliśmy się z nimi w III lidze, byli zespołem niepokonanym na własnym stadionie od kilku lat. Jadąc na to spotkanie czytaliśmy w autokarze "Piłkę Nożną", gdzie poświęcono Groclinowi spory artykuł. Pan Drzymała naściągał wtedy zawodników nawet z ekstraklasową przeszłością... W 89. minucie strzeliłem bramkę i wygraliśmy 1:0.

Drugiego pamiętnego gola strzeliłem Pogoni. Ekstraklasowi wtedy portowcy grali sparing z reprezentacją III ligi. Pogoń była wówczas w kryzysie, miała problemy ze skutecznością i przed bardzo ważnym meczem z mistrzowskim ŁKS-em Łódź na poprawę humorów miała nam trochę postrzelać. Niespodziewanie to my wygraliśmy 1:0 po moim golu strzelonym Radosławowi Majdanowi. Do dziś mam zachowane wycinki z gazet, gdzie napisano "Mateńko z łatwością pokonał Majdana". Miałem wielką satysfakcję, gdy potem bronił on na Mistrzostwach Świata. Kilka tych goli strzeliłem. Kiedy odchodziłem ze Stali, byłem jej najlepszym strzelcem w III lidze. Mogę tylko żałować, że tak późno zacząłem treningi. Grałem od dziecka, ale bardzo długo nie rosłem i klubowi trenerzy mówili, że jestem za mały.

Do dziś niektórzy trenerzy hołdują idiotycznej zasadzie, wedle której piłkarz zaczyna się od 180 centymetrów wzrostu.

- Niestety, kiedyś tak było o wiele częściej. Pamiętam jak kiedyś przyszedłem na trening Stali i trener mnie nie wpuścił. Powiedział tylko: "ty jesteś za mały".

Przejdźmy do pana losów po feralnej kontuzji.

- Grę w III lidze łączyłem ze studiami na Instytucie Kultury Fizycznej. Uczelnia mocno mnie wciągnęła i już wtedy pomagałem "mojemu" trenerowi Gumiennemu przy zespołach juniorów w Stali. Kiedy byłem na V roku, dostałem swoją pierwszą grupę naborową, rocznik 1991. Wywodzi się z niego m.in. obecny gracz Ruchu Chorzów, Paweł Lisowski.

Najpierw była praca w Stali, a potem?

- Dobre wyniki w Stali zaowocowały ofertą prowadzenia kadry województwa, co wiązało się z zatrudnieniem w WOSP przy ul. Hożej. Po kilku latach podjęto decyzję, że trener pracujący dla związku nie może jednocześnie pracować w klubie. Dano nam wybór - pozostanie w klubie lub związanie się tylko ze szkołą. Ta druga była moim głównym źródłem zarobku, więc z dnia na dzień odszedłem ze Stali. Po kilku miesiącach ten przepis cofnięto i trener Mirosław Masicz zaproponował mi pracę w Policach.

W Chemiku od początku przejął pan "złoty" rocznik juniorów młodszych?

- Przez pierwszy rok prowadziłem rocznik 1993, z którym wygraliśmy Ligę Wojewódzką JM, ale w barażach odpadliśmy z Zagłębiem Lubin. "Złotymi" juniorami opiekowałem się już w szkole, jeszcze kiedy byli trampkarzami. Z chłopakami urodzonymi w 1994 roku przez 2 i pół roku przegraliśmy zaledwie dwa ligowe mecze.

Zaczynając pracę z rocznikiem '94 na pewno nie podejrzewał pan, że współpraca skończy się Mistrzostwem Polski.

- Szczerze mówiąc, po pierwszych treningach byłem załamany. Była olbrzymia różnica między chłopcami, których znałem z Hożej i resztą zespołu, wręcz kolosalna przepaść techniczna. Gdyby wtedy ktoś powiedział mi o mistrzostwie, nawet z zespołem wzmocnionym zawodnikami z Hożej, puknąłbym się w głowę.

Trzy pańskie największe sukcesy szkoleniowe to mistrzostwo Polski z juniorami młodszymi Chemika, awans z Pogonią II do III ligi i brązowy medal z juniorami starszymi Pogoni w tym roku. Który z nich stawia pan najwyżej w prywatnej hierarchii?

- Złoty medal z Chemikiem. Nikt nie przypuszczał, że ten maleńki klub ma jakiekolwiek szanse tak daleko zajść. To był zespół, który od początku sam tworzyłem. Niektórzy mówią, że zdobyliśmy medale dzięki posiłkom z Hożej, ale to ja trenowałem ich tam przez 3 lata. To było moje "dziecko", za które odpowiadałem. Nie wziąłem gotowego produktu. Pamiętam jak na finałach MP w Gdyni zobaczyłem jakim sztabem dysponuje Legia Warszawa. Doznałem wtedy szoku, bo sami trenerzy i masażyści tego klubu zajmowali 3 pokoje, a ja byłem sam. Na co dzień pomagał mi organizacyjnie pełniący funkcję koordynatora trener Mirosław Masicz, ale wówczas pojechał on z kadrą województwa do Płocka i był obecny tylko na naszym pierwszym i ostatnim meczu. W Gdyni byłem tylko ja i 18 chłopców, a naprzeciw Legia ze stołami do masażu, przygotowywana przez specjalistę od przygotowania fizycznego z ekstraklasy. Legioniści codziennie wystawiali przed pokoje olbrzymie puszki po odżywkach, a my w tym czasie piliśmy kompot na stołówce. Zastanawiałem się jak my mamy z nimi wygrać. Wielkim wyzwaniem było przekonanie podopiecznych, że możemy to zrobić.

Podopieczni z Chemika wchodzą w pełnoletniość, ale jeszcze nie do dorosłej piłki. Dlaczego na całym świecie 18-latek może, a u nas nie?

- Dajmy szansę tym chłopakom. Na razie większość z nich gra w III lidze. Mam satysfakcję, kiedy przy okazji meczu moich rezerw z Drawą Drawsko Pomorskie na boisko wybiega aż 8 chłopaków, których prowadziłem na Hożej. Kiedy przejrzymy składy trzecioligowców, nie znajdziemy w nich wielu tak młodych piłkarzy. Mamy też powołania do kadry Polski dla Norberta Neumanna czy innych, a Krystian Rudnicki trenuje z pierwszym zespołem. Mam nadzieję, że to wchodzenie do dorosłej piłki dalej będzie szło sprawnie. Musimy cierpliwie czekać aż ci zawodnicy zaistnieją wśród seniorów.

Rudnicki, Damian Karczmarski, Paweł Szewczykowski, Patryk Galoch, Neumann, Emil Andrzejewski - wszyscy oni przyszli "za trenerem" do Pogoni.

- Mateusz Jaroszewicz i Bartosz Sasin też. Zdobyli z nami brązowe medale juniorów starszych tego lata, ale już ich w klubie nie ma. Sasin wrócił do Chemika, a Jaroszewicz gra w Drawie.

Co z pozostałymi?

- Jaroszewicz i Mateusz Sowała grali w zespole Młodej Ekstraklasy Śląska Wrocław. Ten drugi i Patryk Domin są obecnie zawodnikami niemieckiego Dynama Drezno. Nie zadebiutowali jeszcze w pierwszym zespole, ale grają w rezerwach czy juniorach. Z Dominem wiąże się zresztą pewna anegdota. Kiedy przychodziłem do Chemika Patryk uparcie twierdził, że jest środkowym pomocnikiem. Nauczyłem go zasad gry w defensywie i przekwalifikowałem na stopera. Potem jako 17-latek z powodzeniem grał w III lidze na środku obrony a teraz poszedł dalej w świat. Mam satysfakcję, że z tą zmianą pozycji trafiłem w dziesiątkę.

Wielu trenerów pracujących z młodzieżą podkreśla, że prawdziwą miarą sukcesu szkoleniowego jest chociaż jeden piłkarz z danego rocznika, który poradzi sobie w seniorskiej piłce.

- Całkowicie się z tym zgadzam. Kiedy pytał pan o mój największy sukces zawahałem się, bo myślałem czy nie wskazać na Pawła Lisowskiego. Prowadziłem go przez 7 lat, a w tej chwili gra w Ruchu Chorzów i ma ponad 40 występów w ekstraklasie.

A nie szkoda panu trochę Lisowskiego czy Oskara Pogorzelca z Legii, którzy opuścili nasz region jeszcze zanim szkolenie w Pogoni osiągnęło swój obecny poziom?

- Nie mogę żałować, bo taka decyzja była dla nich wówczas najbardziej korzystna. Jeżeli by tu zostali, być może nie graliby już w piłkę... Oni wykonali właściwy ruch. Lisowski i jego kolega klubowy Filip Starzyński grają już w ekstraklasie. Oby im się powiodło. Obojętnie czy są w Pogoni, w Ruchu czy w Legii, ja będę cieszył się widząc ich biegających po boiskach na najwyższym szczeblu. To samo dotyczy Grzegorza Krychowiaka, który też był na Hożej, poszedł do Francji i teraz gra w reprezentacji Polski. To jest właśnie owo spełnienie oczekiwań.

Powiedział pan, że część z nich być może nie grałaby dalej w piłkę. Taka historia wiąże się z Kamilem Koniecznym, który niedawno opuścił rezerwy Pogoni i wyjechał do Anglii. Skąd taka decyzja?

- Kamil postanowił wyjechać, bo chce spróbować sobie ułożyć życie w Anglii. Jak większość młodych ludzi nie widzi dla siebie perspektyw w kraju. Podejrzewam, że będzie go ciągnęło do piłki i gdzieś się zahaczy, ale nie wiem na jakim poziomie i czy w ogóle.

Po złotym medalu MP przyszedł czas na kolejny krok w karierze. Ostatecznie objął pan rezerwy Pogoni. Dlaczego nie seniorów Chemika?

- Takiej propozycji nigdy nie było. W Chemiku swoje odejście zakomunikowałem pół roku przed MP. Wiedziałem, że aby wyżywić rodzinę, muszę zacząć pracę przy seniorach. Po tej decyzji prezes klubu raz pojawił się na moim treningi i wstępnie zaproponował pomoc w roli asystenta czy doradcy przy pierwszym zespole, ale temat upadł.

Nie uwierzę, że po tak znaczącym sukcesie z młodzieżą nie pojawiły się propozycje z seniorskiej piłki.

- Takie zainteresowanie pojawiało się i po i przed sukcesem z Chemikiem. Były to wstępne zapytania z różnych klas rozgrywkowych, od okręgówki do IV ligi, ale nie stanowiły spełnienia moich marzeń. Nim zawsze była praca w Pogoni Szczecin.

Spełnił więc pan to marzenie i zaczął pracę w IV-ligowych rezerwach Pogoni. Przed rokiem najczęściej w pańskim zespole występowali sami młodzieżowcy, teraz uległo to zmianie. Czy z młodszymi nie było - paradoksalnie - łatwiej zrobić wynik?

- Niektórzy mówią, że mam łatwiej, bo mogę wziąć sobie zawodników z pierwszego zespołu i w momencie, gdy coś nie idzie, oni pociągną zespół. W rzeczywistości nie wygląda to tak różowo. Czasami lepiej mieć piłkarza potencjalnie słabszego, ale funkcjonującego w grupie, znającego założenia taktyczne i będącego w ciągłym treningu z resztą drużyny. Wiadomo, że zawodnicy z ekstraklasy przychodząc do rezerw nie zawsze są w stanie skoncentrować się na sto procent, bo myślami siłą rzeczy są gdzie indziej. W głowach siedzi to, że powinni występować w elicie a nie III lidze i wcale się nie dziwię, że ich mecze w drugim zespole nie zawsze wyglądają super. Chcą się pokazać, bo na trybunach siedzi pierwszy trener z całym sztabem i zarząd, ale nie zawsze im to wychodzi. Właśnie dlatego czasem łatwiej o wynik grając tylko młodzieżą.

Obecność trenera i prezesów na trybunach podczas spotkań III ligi to chyba bardzo pozytywny trend?

- Tak. Uważam, że tak powinno być. Moim zdaniem ci ludzie po prostu dobrze wykonują swoją pracę.

Z IV ligi udało się awansować. Klasa wyżej to już poważne granie?

- To zdecydowanie wyższy poziom niż IV liga. Pokazują to mecze, w których schodzą do nas seniorzy i już nie zawsze błyszczą.

O profesjonalizmie mówić możemy jednak chyba dopiero od II ligi.

- Ale już w III są profesjonalne kluby. Takie, które płacą swoim zawodnikom i trenerom ogromne pieniądze. Można powiedzieć, że ta liga jest półzawodowa. Jesteśmy chyba jedynym zespołem, może obok rezerw Arki Gdynia, w którym zawodnicy grają w zasadzie bez pieniędzy - dla nauki.

Po 13 kolejkach pański zespół plasuje się na 10. miejscu w stawce. Czy awans drugiego zespołu klasę wyżej jest w ogóle realny finansowo i możliwy prawnie?

- To niemożliwe prawnie, bo przepisy PZPN-u tego zabraniają. Kiedyś pomiędzy rezerwami a pierwszym zespołem musiała być jedna "pusta" liga. Dziś drugie zespoły nie mogą występować w rozgrywkach centralnych, a te zaczynają się od II ligi. My, Lechia II i Arka II gramy najwyżej jak się da.

Rozmawialiśmy o rezerwach, zahaczmy o Młodą Ekstraklasę. Jak ocenia pan początki funkcjonowania tego projektu w Szczecinie? Wymienność zawodników między poszczególnymi zespołami faktycznie przynosi korzyść?

- Wszystko funkcjonuje u nas bardzo fajnie. W klubie panuje świetna atmosfera. Bezcenną pracę wykonują koordynatorzy, trener Włodzimierz Obst sterujący młodszymi i Maciek Stolarczyk, który jest ważną postacią, jeśli chodzi o starszych chłopców. Dwa razy w tygodniu wszyscy trenerzy pracujący z młodzieżą spotykają się. W poniedziałek analizujemy nagrania spotkań i omawiamy postawę poszczególnych zawodników, dzięki czemu nikt nie jest dla nas anonimowy. Drugi raz widujemy się w piątek, przed ligowymi kolejkami. Dostajemy sygnał od trenera Artura Skowronka, kto schodzi z seniorów i wtedy siadamy, żeby ustalić wyjściowe jedenastki naszych drużyn. Robimy to tak, aby najlepsi chłopcy grali. Dostając piłkarza z seniorów na daną pozycję nie trzymam utalentowanego zawodnika na ławce, tylko przekazuje go Adamowi Gołubowskiemu do ME.

W środowisku trenerów przewija się opinia, że nie tylko Pogoń, ale całe województwo zachodniopomorskie należy od pewnego czasu do absolutnej czołówki w kraju pod względem szkolenia. Możemy spodziewać się szczecińskich Rafała Wolskiego, Daniela Łukasika i Dominika Furmana biegających w koszulce Pogoni? Jeśli tak, to kiedy?

- Poziom naszej piłki poszedł w górę. Odkąd powstała szkoła przy ul. Hożej, wszyscy młodzieżowi reprezentanci kraju z regionu się przez nią przewinęli. Ostatnio przyszedł tam do mnie na trening Mateusz Sobolczyk [zawodnik rezerw] i po krótkiej obserwacji powiedział: "trenerze, gdybym ja miał takie możliwości, to zrobiłbym wszystko, żeby zostać super piłkarzem". On akurat nie miał tego szczęścia i 2 razy w tygodniu dojeżdżał do Szczecinka rowerem ze swojej wsi, żeby pokopać piłkę w klubie. W samej Pogoni organizacja szkolenia też jest świetnie poukładana i wiele zespołów mogłoby się od nas uczyć. Mamy drużynę w III lidze, prawdopodobnie najmłodszą ekipę w ME i 4 zespoły w Wojewódzkiej Lidze Juniorów. Ta młodzież może robić olbrzymi postęp, bo cały czas gra ze starszymi od siebie. Najzdolniejsi będą ten progres robili i obecność wychowanków w ekstraklasowej drużynie jest tylko kwestią czasu.

Wspomniał pan o Sobolczyku, który u Marcina Sasala był już o krok od pierwszego zespołu, a potem został nieco zapomniany. W rocznika '92 byli też Łukasz Wójcik i Japończyk Yoki Kumada, których nie ma już w klubie. Czego im zabrakło?

- Wójcik i Kumada zostali tak ocenieni przez sztab szkoleniowy. Sobolczyk dlatego jest nadal z nami, że cały czas mu się przyglądamy. Wciąż robi progres. Po prostu trafił do nas za późno. Mam jednak nadzieję, że dostanie jeszcze szansę, bo zasługuje na nią swoim charakterem i nieustępliwością. To zawodnik niesamowicie szybki, bardzo sprawny fizycznie, inteligentny i wiecznie żądny nauki. Bardzo szanuję takich piłkarzy.

Sobolczyk to młodsza wersja Adama Frączczaka?

- Adam czy Mateusz to właśnie typ zawodnika, jaki bardzo lubię. Są ludźmi, do których nigdy nie można się przyczepić, bo zawsze dają z siebie wszystko, na każdym treningu i meczu. O Sobolczyku mówię, że jest sercem mojej drużyny i nieprzypadkowo zrobiłem go jej kapitanem. Buduje nam atmosferę przed każdym pojedynkiem. W 2 meczach, w których go zabrakło, przegrywaliśmy.

Zastanawia mnie casus Łukasza Zwolińskiego. Młody napastnik obdarzony niesamowitym talentem i cechujący się pracowitością, posiadający naturalny dar zdobywania bramek miał być już pełnoprawnym członkiem drużyny seniorów. Rzeczywistość jest jednak inna i Łukasz najczęściej gra w III lidze. Problemem jest tutaj głowa zawodnika?

- Najbliżej zespołu jest zawsze pierwszy trener. To on widzi piłkarzy codziennie na zajęciach, zna ich aktualną dyspozycję, może z nimi bezpośrednio porozmawiać, widzi ich na tle konkurentów. Szkoleniowiec jest od podejmowania decyzji i najwyraźniej Łukasz jest w tej chwili dalej od gry niż inni napastnicy. Na pewno po sezonie trener będzie musiał zadecydować czy Zwoliński jest w stanie grać na poziomie ekstraklasy, czy nie. Jeśli jeszcze nie, to być może lepsze dla niego będzie wypożyczenie do I ligi. Tam nabierze ogłady i wróci do nas ograny.

Innym takim zawodnikiem jest Sebastian Rudol. Czy rozwiązaniem dla nich nie byłoby właśnie wypożyczenie na zaplecze ekstraklasy?

- Prawdopodobnie tak. Łukasz nie powinien już grać w III lidze. Dużo by zyskał występując dwie klasy wyżej. Sebastian Rudol to chłopak dysponujący świetną motoryką, siłą fizyczną i odpowiednimi cechami wolicjonalnymi. On zawsze zostawi serce, a nigdy nie odstawi nogi. Mógłby już spełniać rolę młodzieżowca w I lidze.

Na szersze wody nagle wypłynął za to Kamil Zieliński, którym nigdy nie było tak głośno jak o Zwolińskim.

- "Ziele" jest tu od 3 lat. Wykorzystał swoją szansę od trenera Gołubowskiego. Adam zaufał mu i Kamil strzelił sporo bramek w ME. Zrobiło się o nim głośniej, szansę dał mu trener Skowronek i oby młody napastnik jak najlepiej wykorzystał swoje 5 minut.

Wiem, że unika pan publicznego ganienia swoich podopiecznych. Zapytam więc kto zasłużył ostatnio na pochwałę?

- Na pewno wspomniany Sobolczyk. Tak samo Rafał Gutowski, którego przestawiliśmy z lewej pomocy na lewą obronę i świetnie tam sobie radzi. Do tego dwóch środkowych pomocników - Patryk Galoch i Kajetan Pogorzelczyk.

Co jakiś czas ME organizuje testy, na które przyjeżdżają młodzi adepci futbolu. Czy w dzisiejszej piłce nieco "z ogłoszenia" da się wyłowić jakąś perełkę?

- Z takich testów mamy kilku chłopców, którzy już grają w ME. Czy będą to perełki, czy rozwiną się na tyle, żeby grać w ekstraklasie, pokaże czas. Zawsze przyjedzie ktoś na kogo warto zwrócić uwagę. Pojawiają się u nas bardzo młodzi zawodnicy. My nie potrafimy się określić co do Zwolińskiego, a oni mają jeszcze kilka lat mniej. Z reguły zawsze znajdzie się jakieś wzmocnienie danego zespołu, a my musimy cały czas szukać tej świeżej krwi.

W Pogoni współpracował już pan z kilkoma trenerami pierwszego zespołu. Czy z obecnym, ze względu na podobny wiek, najłatwiej jest znaleźć wspólny język?

- Kiedy byłem jeszcze w Policach, Pogoń podpisała z Chemikiem umowę o współpracy i pojechałem na staż na obóz Pogoni trenera Artura Płatka. Następnie byli trenerzy Sasal, Tarasiewicz i teraz Artur Skowronek. Każdy z nich jest innym człowiekiem i szkoleniowcem, mają inne podejście. Trener Płatek bardzo szybko się do mnie przekonał, a u trenera Sasala trwało to pół roku. Długo czułem dystans i dopiero kiedy lepiej się poznaliśmy, a trener zobaczył jak prowadzę zajęcia i poznał moją wizję gry, która okazała się bardzo bliska jego poglądowi na futbol, zaprosił mnie do współpracy. Z kolei Ryszard Tarasiewicz już po pierwszym spotkaniu zaprosił mnie na odprawy swojej drużyny, co było dla mnie sporym szokiem. Okazał się bardzo otwartym człowiekiem i od początku podkreślał, że jako opiekun rezerw jestem członkiem jego sztabu. Pozwolił mi uczestniczyć w tych odprawach, co dało ogromną satysfakcję i wielką naukę. Jeśli chodzi o trenera Skowronka, to nie jest człowiekiem wylewnym, raczej ufa swoim współpracownikom, a my jesteśmy na etapie służbowym. Myślę, że z biegiem czasu nasza relacja będzie coraz lepsza, ale nigdy nie pcham się tam, gdzie mnie nie proszą. Na dziś trener czuje, że nie muszę być bliżej jego zespołu. Ja to rozumiem, szanuję i po prostu robię swoje najlepiej jak umiem.

Po obserwacji pańskich zachowań na ławce rezerwowych aż trudno wyobrazić mi sobie sytuację, w której - mówiąc kolokwialnie - "opieprza" pan któregoś z podopiecznych. To się zdarza?

- Oj... Może pan żałować, że nie było pana w szatni w przerwie meczu z Koralem Dębnica (śmiech). Tak serio, potrafię dostosować swoje zachowanie do danej sytuacji. Nie jestem zbyt wylewny podczas spotkań ligowych, ponieważ uważam, że to co miałem przekazać drużynie, przekazałem jej na treningach. Wykrzykiwanie pod wpływem emocji uwag niewiele zmienia. Staram się rozmawiać z piłkarzami przed i ewentualnie w przerwie meczu. Czasem trzeba chłopaków uspokoić i wytłumaczyć, gdzie leży przyczyna niepowodzenia, a niekiedy troszkę ostrzej pobudzić zespół.

Na "wyjadaczy" z seniorów też pan czasem nakrzyczy?

- Kiedy przyszedłem do rezerw Pogoni i pierwszy raz w szatni miałem Adama Frączczaka, Roberta Mandrysza i jeszcze kilku chłopaków z pierwszego zespołu, byłem bardzo stremowany i nie wiedziałem jak mnie odbiorą. Po półtora roku w tym klubie znam prawie każdego seniora i wchodząc do szatni, w której siedzi 5 doświadczonych ligowców, czuję się bardzo pewnie. Teraz wręcz odwrotnie - taka sytuacja dodatkowo mnie motywuje. Prowadzenie rezerw Pogoni bardzo dużo mnie nauczyło. Zebrałem doświadczenie, które teraz procentuje. Nie mam żadnych oporów, żeby kilka mocnych słów skierować nawet do zawodnika z pierwszej drużyny. Oczywiście, tylko jeśli na to zasłuży (śmiech).

W III lidze coraz częściej współpracuje pan z bardzo doświadczonymi piłkarzami. W czym różni się praca z 30-letnim piłkarzem od obcowania z juniorami?

- To bardzo złożona kwestia. Młody zawodnik do wszystkiego podchodzi bardziej emocjonalnie, z sercem. Każdy mecz ma dla niego rangę finału Mistrzostw Świata. Właśnie z tego względu uwielbiam tę pracę. Młodzi zawsze wychodzą na pełnym entuzjazmie. Sobotniego meczu nie traktują jak każdego kolejnego, ale mają go za najważniejszą rzecz na świecie.

Pobawmy się w gdybanie. Nagle dostaje pan ofertę pracy w charakterze asystenta pierwszego zespołu w którymś z klubów ekstraklasy. Co wtedy?

- Zastanawiałem się nad tym wielokrotnie. Jestem wychowany na Pogoni, od dziecka chodziłem na każdy jej mecz. Zawsze moim marzeniem było zrobić coś dla tego klubu. Pogoń była, jest i będzie na pierwszym miejscu. W przypadku takiej propozycji długo bym się zastanawiał. Musiałbym wiedzieć, czy jeśli pójdę się uczyć do innego klubu, dostanę możliwość powrotu do Szczecina w przyszłości. Jeżeli miałbym tę gwarancję, skorzystałbym z podobnej oferty. Jeśli usłyszałbym, że po odejściu nie ma już powrotu, to raczej bym się nie zdecydował.

Czyli praca w charakterze asystenta w samej Pogoni byłaby awansem?

- Oczywiście.

Czy coraz intensywniej myśli pan o poświęceniu się "dorosłemu" futbolowi?

- W ubiegłym roku skończyłem kurs I klasy trenera UEFA A, który upoważnia mnie do prowadzenia klubu maksymalnie w II lidze.

Latem zdobył pań zaś brąz z juniorami Pogoni, co upoważnia z kolei do rozpoczęcia kursu UEFA Pro.

- Pod warunkiem, że przez 2 lata będę prowadził zespoły III ligi lub ME. Teoretycznie mógłbym więc w przyszłym roku taki kurs rozpocząć.

Rozpocznie pan?

- To wiąże się ze sporymi kosztami. Jeżeli będę miał sygnał, że w Pogoni wiążą ze mną przyszłość pod kątem pracy przy seniorach w jakimkolwiek charakterze, to się nie zawaham. Jeśli szefowie nie będą myśleli o mnie jako o trenerze, który w przyszłości może poprowadzić pierwszy zespół, to poważnie się zastanowię.

Wszystko sprowadza się więc do pańskiego największego marzenia, jakim jest chyba poprowadzenie Pogoni Szczecin w ekstraklasie.

- Powiem szczerze, że 2-3 lata temu nie przeszłoby mi to nawet przez głowę. Kiedyś marzeniem było zdobyć MP z Chemikiem i to - choć wydawało się kompletnie nierealne - udało się ziścić. Wtedy przekonałem się, że każde marzenie można zrealizować. Czy mi się uda? Zobaczymy. Marzyć nikt mi nie zabroni.