Radosław Majdan: Obstawiam 2:1 dla Pogoni Szczecin

Po ostatnim zwycięstwie Pogoń jest w fajnym momencie, na fali wznoszącej. Portowcy na pewno będą chcieli udowodnić, że wynik z Białegostoku nie był przypadkiem - mówi wychowanek szczecińskiego klubu przed sobotnim spotkaniem Pogoni z Wisłą Kraków
Rozmowa z byłem bramkarzem Pogoni i Wisły

Marcin Gigiel: W meczach Pogoni z Wisłą stał pan po obu stronach barykady. Które spotkania zapadły panu szczególnie w pamięć?

Radosław Majdan: Mecze z Wisłą były bardzo ciężkie dla Pogoni, bo krakowianie zawsze walczyli o mistrzostwo. Pamiętam spotkania z sezonu 2000/01, bo wtedy byliśmy w stanie się im przeciwstawić. W Szczecinie na trybunach był komplet publiczności. Wybroniłem rzut karny [strzelał Tomasz Frankowski - red.] i zremisowaliśmy 0:0. W Krakowie wygraliśmy 2:1. Zdobyliśmy wicemistrzostwo, a Wisła mistrzostwo. Po stronie Wisły pamiętam pierwszy mecz w Szczecinie, gdy zostałem bardzo miło przywitany. Spotkania z Pogonią, jako z moim dawnym klubem, były dla mnie trudne w sferze mentalnej. Na moje poczynania ze zdwojoną uwagę patrzyli też krakowscy kibice, czy przypadkiem z sentymentu nie puszczę jakiejś bramki (śmiech ). Mniej przyjemna sytuacja miała miejsce w Pucharze Polski [w 2005 roku, w ćwierćfinale PP Wisła wygrała u siebie 1:0 i awansowała dalej - red.]. Po starciu w polu karnym na pytanie sędziego odpowiedziałem, że nie faulowałem, bo tak mi się wydawało. Później na powtórkach zobaczyłem, że karny chyba jednak Pogoni się należał.

Wisła pana czasów to najsilniejszy polski zespół XXI wieku?

- Mieliśmy taką drużynę, że spokojnie wszyscy mogli grać w reprezentacji. W ataku występowali Maciej Żurawski i Tomasz Frankowski, którzy nie potrzebowali nawet dogodnej sytuacji, by strzelić bramkę. Pamiętam, że wtedy nie przegraliśmy spotkania przez półtora roku, co teraz w ekstraklasie już się nie zdarza. Zdominowaliśmy ligę i tylko Legia była w stanie z nami walczyć. Uważam, że taki zespół już nigdy nie zostanie stworzony. Niełatwo jest wykupić najlepszych zawodników w Polsce, a to udało się wtedy panu Bogusławowi Cupiałowi. Teraz Lech czy Legia niechętnie sprzedają swoich zawodników do innych drużyn w kraju. Dziś polityka transferowa jest inna, ściąga się dużo graczy z zagranicy.

Ale do Ligi Mistrzów nie udało wam się awansować. Mimo że w rywalizacji z Panathinaikosem Ateny byliście bliżej tego niż w tym roku Legia.

- Wisła nigdy nie miała szczęścia do losowania, trafiała przecież dwukrotnie na Barcelonę. Ale akurat Panathinaikos był w naszym zasięgu. Pierwszy mecz wygraliśmy 3:1. Szkoda, że w rewanżu sędzia nie uznał naszej bramki na 2:2 i odpadliśmy po dogrywce. Była wtedy wielka szansa, by zagrać w Lidze Mistrzów.

Legia też była w korzystnej sytuacji po pierwszym meczu, ale w rewanżu ze Steauą Bukareszt już w 10. minucie przegrywała 0:2. Polscy piłkarze przegrywają ważne mecze już w głowach przed pierwszym gwizdkiem sędziego?

- Trudno powiedzieć. Na pewno przyczyna tkwi również w sferze mentalnej. Awans do Ligi Mistrzów staje się dla nas takim wyczynem, jakbyśmy mieli polecieć w kosmos. Im dłużej na to czekamy, tym bardziej paraliżuje to nasze drużyny uczestniczące w eliminacjach. Kiedy za bardzo się chce, wtedy nie wszystko wychodzi, pojawiają się proste błędy. Zawodnicy Legii oglądając powtórki pierwszej bramki, na pewno nie mogli uwierzyć, że tak łatwo dali sobie strzelić tego gola. Przeciwko pięciu obrońcom zawodnicy z Bukaresztu rozgrywali piłkę jak na treningu, a na koniec trzech zawodników gospodarzy utrudniło jeszcze interwencję bramkarzowi. A druga bramka to już indywidualny błąd Ivicy Vrdoljaka, który przyjmując piłkę tyłem do bramki przeciwnika, musi wiedzieć, co się dzieje za jego plecami i nie może dać sobie tak łatwo jej odebrać.

Wracając do Wisły. Myśli pan, że pod wodzą trenera Franciszka Smudy krakowianie mają szansę szybko się odrodzić i nawiązać do sukcesów z przeszłości?

- Wisła podąża dziwną drogą. Nie powiem, że złą, bo nie jestem w środku tego, co dzieje się w klubie. Nie sądzę jednak, żeby byli w stanie włączyć się w tym sezonie do walki o mistrzostwo. Legia ma na tyle silny zespół, że jest zdecydowanym faworytem. Gdyby jeszcze udało jej się awansować do Ligi Mistrzów, to wtedy zdominowałaby naszą ligę na lata. A tak nie wiadomo, jak będzie w przyszłości.

To, co łączy Pogoń i Wisłę w ostatnich latach, to nieudany eksperyment z masowym ściąganiem zagranicznych piłkarzy. Brazylijska Pogoń skończyła się katastrofą, ale chyba również obcojęzyczny zaciąg Wisły za trenera Roberta Maaskanta przyczynił się do poważnego kryzysu klubu?

- Przede wszystkim nie może być zbyt wielu zawodników z jednego kraju. Wtedy w drużynie tworzy się enklawa, a piłkarze nie będą wiązać się emocjonalnie z klubem. Zawodnikom z Polski zwykle zależy, by trafić do najlepszych drużyn w kraju i chcą osiągać z nimi jak najlepsze wyniki. Obcokrajowcy często podchodzą do tego w inny sposób. Zajęliśmy siódme miejsce? Trudno. Za rok będzie lepiej, albo w najgorszym przypadku poszukam sobie innej drużyny. Dlatego jeśli ściągać zawodników z zagranicy, to tylko takich przewyższających swoją klasą Polaków. A jeśli chodzi o Brazylijczyków z Pogoni, to byli trochę słabsi od obcokrajowców z Wisły.

Teraz Pogoń deklaruje, że będzie stawiać na młodzież. Na początku lat 90. też tak było. Do drużyny wszedł pan, Maciej Stolarczyk, Olgierd Moskalewicz, Robert Dymkowski i wszyscy zrobili później kariery. To chyba słuszna droga?

- Większość klubów stawia teraz na młodzież. To ekonomia. Nie ma pieniędzy na zawodników już ukształtowanych. Lepiej wychować sobie samemu takiego gracza. Myślę, że to dobra droga, choć nie może też być za dużo takich zawodników w zespole. Samą młodzieżą nie będzie się wygrywać. My też, kiedy wchodziliśmy do Pogoni, mieliśmy obok siebie tak doświadczonych graczy jak Andrzej Miązek czy Mariusz Kuras. Byliśmy pełni werwy, ale niedoświadczeni i ich pomoc bardzo nam się przydała.

Teraz Maciej Stolarczyk jest drugim trenerem w sztabie Dariusza Wdowczyka. Na co pana zdaniem stać portowców pod ich wodzą?

- Bardzo się cieszę, że Maciek wrócił do sztabu pierwszej drużyny. To dobry trener i przede wszystkim człowiek bardzo związany z Pogonią. Portowcy nieźle zaprezentowali się w ostatniej kolejce, wygrywając na trudnym terenie w Białymstoku. Mogą sprawić jeszcze niejedną niespodziankę w tym sezonie. U siebie są w stanie wygrać z każdym. Na wyjeździe będzie o to trudniej, ale meczem z Jagiellonią pokazali, że też potrafią w takich meczach punktować. Grają bezkompromisowo. Świetnie radzi sobie Japończyk Takafumi Akahoshi, któremu wyraźnie służy gra w ekstraklasie i cały czas się rozwija. Pogoń ma też dobrego bramkarza w osobie Radosława Janukiewicza.

Podobnie jak pana, szczecińscy kibice cenią go nie tylko za boiskowe interwencje, ale i charakter.

- Akurat tak się składa, że bramkarz zawsze musi wyróżniać się charyzmą. Musi być silny psychicznie, bo każdy błąd na tej pozycji kończy się najczęściej stratą bramki. Powinien nie tylko być zmotywowany, ale jeszcze motywować przez cały czas kolegów. Bardzo fajnie wspominam pracę z bramkarzami Polonii, gdy byłem ich trenerem. Gracze na tej pozycji są zwykle ludźmi bardzo świadomymi. Ciężko pracują, nie narzekają. Przez całą swoją karierę spotkałem tylko jednego bramkarza lenia.

Bolączką Pogoni i Wisły w ostatnich tygodniach był brak rasowego snajpera. Doświadczeni Paweł Brożek (Wisła) i Marcin Robak (Pogoń) rozwiążą te problemy?

- Paweł już nie raz udowodnił, że potrafi strzelać bramki. Myślę, że powrót do Wisły bardzo dobrze mu zrobi. W Krakowie świetnie się czuje, jest przywiązany do barw, lubią go kibice. Z każdym meczem powinien grać coraz lepiej i strzelać coraz więcej bramek. A pozyskaniem Marcina byliśmy zainteresowani, kiedy pracowałem jako dyrektor sportowy Polonii. To groźny, przebojowy i agresywny napastnik. Nadaje się do takiej drużyny jak Pogoń. Na pewno niejeden raz trafi w tym sezonie do siatki.

Tydzień temu Pogoń po emocjonującym meczu pokonała Jagiellonię (3:2), a Wisła w efektowny sposób rozprawiła się z Lechem Poznań (2:0). Dobra forma obu drużyn gwarantuje, że w sobotę zobaczymy świetne widowisko?

- Mecze między Pogonią i Wisłą zawsze są ciekawe. Niezależnie jakim wynikiem się kończą. Myślę, że w sobotę będzie podobnie.

Pokusi się pan o wskazanie faworyta?

- Faworyta nie. Ale gdybym miał obstawiać, postawiłbym 2:1 dla Pogoni.

Przemawia za panem sentyment, czy chłodna kalkulacja?

- Po ostatnim zwycięstwie Pogoń jest w fajnym momencie, na fali wznoszącej. Będą chcieli udowodnić, że ten wynik nie był przypadkiem. A na mecze z Wisłą nikogo nie trzeba dodatkowo motywować. Na pewno będzie dużo kibiców, a ich doping dodaje skrzydeł.

Po zakończeniu kariery angażował się pan w wiele projektów. Co teraz najbardziej zajmuje pana czas?

- Po degradacji Polonii nie pracuję już w tym klubie. Ale mam, co robić, nie nudzę się. Za trzy tygodnie otwarcie mojego studia tatuażu w Warszawie. Coraz poważniej angażuję się w grę w kapeli rockowej The Trash. Poza tym jest jeszcze kilka innych przedsięwzięć.

A nie ciągnie pana do zajęć związanych z piłką?

- Na razie nie. Chcę od tego odpocząć. Entuzjazm trochę przygasł, kiedy zostałem po raz kolejny oszukany. Nie spodziewałem się, że w dzisiejszych czasach można wziąć klub, nie płacić ludziom przez osiem miesięcy i bezkarnie spuścić go do IV ligi. To ochłodziło mój stosunek. Jeśli w przyszłości zdecyduje się na pracę związaną z piłką, to tylko z poważnymi ludźmi, w klubie, gdzie wszystko będzie poukładane.

Będzie można pana spotkać w tym sezonie na trybunach stadionu przy ulicy Twardowskiego?

- Na pewno. Przyjechałbym na mecz z Wisłą, ale w niedzielę mam event dla dzieci w Warszawie i nie zdążyłbym wrócić do stolicy. Ale chętnie pojawię się na którymś z następnych spotkań.

Rozmawiał Marcin Gigiel



RADOSŁAW MAJDAN - Wychowanek Pogoni, w której przez 13 sezonów rozegrał 283 mecze. Był ulubieńcem szczecińskich kibiców nie tylko dzięki udanym interwencjom, ale i przywiązaniu do granatowo-bordowych barw. Na piersi wytatuował sobie herb szczecińskiego klubu. Grając w Pogoni zdobył wicemistrzostwo Polski i otrzymał pierwsze powołanie do reprezentacji (rozegrał w niej siedem spotkań). Największe sukcesy odnosił jednak z Wisłą Kraków, dwukrotnie sięgając po tytuł mistrzowski. Karierę zakończył w Polonii Warszawa, gdzie później pracował jako dyrektor sportowy i trener bramkarzy. W latach 2006-2009 był też radnym Sejmiku Województwa Zachodniopomorskiego. Nie stroni od występów w mediach, angażuje się w wiele przedsięwzięć niezwiązanych ze sportem i często gości na pierwszych stronach kolorowych gazet.