Pogoń walczyła, była blisko, ale z Legią znów przegrała

Legia nie leży Pogoni. Szczecinianie doznali trzeciej porażki w sezonie z tym rywalem, a piątej w swojej najnowszych historii występów w ekstraklasie.
Do spotkania z nowym-starym mistrzem Polski Portowcy przystępowali z jednej strony opromienieni udanym występem w Poznaniu (remis, który przesądził o tytule dla Legii), a z drugiej ze świadomością, że nawet wygrana nie dawałaby im szansy na występy w europejskich pucharach. Kilka godzin przed rozpoczęciem środowego meczu Komisja Odwoławcza ds. Licencji PZPN przyznała stosowne certyfikaty dla Ruchu Chorzów i Wisły Kraków. Tym samym Pogoni zatrzaśnięto marzenia, bo traciła zbyt dużo punktów do chorzowian.

Nie zmieniło to jednak podejścia szczecińskiego zespołu oraz jego kultury. Mistrzowie wychodzili na murawę przez specjalnie ustawiony szpaler piłkarzy Pogoni, ale na tym ich kurtuazja się zakończyła. Podopieczni Dariusza Wdowczyka od początku zasygnalizowali sporą ambicję, by po raz pierwszy urwać punkty legionistom (w poprzednim i tym sezonie ta sztuka się nie udała). Zadanie mieli trochę ułatwione, bo trener Legii Henning Berg mocno przemeblował skład. Na rezerwie zasiedli m.in. Dusan Kuciak, Tomasz Jodłowiec czy Tomasz Brzyski, a w pierwszym składzie pojawił się np. debiutant Konrad Jałocha czy wracający po rekonwalescencji Jakub Kosecki.

Jałocha już w 7. minucie musiał pokazać, że ma bramkarskie umiejętności, a o tremie zapomniał w szatni. Spisał się wybornie, bo świetnie wybronił główkę Marcina Robaka. Napastnik Pogoni na swojego 23. gola w sezonie musiał poczekać... Warto odnotować, że podawał mu Adam Frączczak, który wrócił na prawą obronę drużyny. Wdowczyk nawet po remisie z Lechem nie bał się przemeblować zespołu. Największym zaskoczeniem była gra Patryka Małeckiego (bladego tej wiosny) kosztem Takui Murayamy. Japończyk z Lechem zagrał bardzo dobrze, ale mecz z Legią rozpoczynał od ławki rezerwowych. A sam Frączczak mógł wpisać się na listę strzelców w 18. minucie. Po rogu główkował z trzech metrów, ale przestrzelił.

Legia takich szans na początku nie miała, ale na boisku nie ograniczała się jedynie do człapania. Grała trochę schowana, ale gdy tylko wyczuła okazję do kontry - błyskawicznie z tego korzystała. Radosław Janukiewicz musiał być czujny, ale nawet on nie uratowałby kolegów, gdyby Orlando Sa po 20 minutach gry wykorzystał świetne dośrodkowanie za plecy obrońców. Portugalczyk nie trafił z 5 metrów. Goście ze stolicy wtedy się przebudzili, ale to nie była jedyna ich zmarnowana "setka" w pierwszej połowie. Na kwadrans przed jej zakończeniem Pogoń źle wybijała piłkę spod swojej bramki i w końcu Kosecki zgrał ją do rosłego napastnika, ale ten nie zaskoczył bramkarza gospodarzy.

Czym bliżej było końca pierwszej odsłony, tym mistrzowie byli konkretniejsi na boisku, mieli więcej okazji i Janukiewicz solidnie pracował na tytuł bramkarza sezonu. Pogoń za szybko oddawała piłkę rywalom, za bardzo się spieszyła. Groźna pozostała przy stałych fragmentach gry i w 44. minucie Jałocha jakimś cudem wybronił strzał Dominika Kuna. Do przerwy kibice goli się jednak nie doczekali.

Druga połowa jakościowo już dużo słabsza. Oba zespoły chciały, ale do realizacji planów angażowały zbyt małą liczbę zawodników lub też zawodziła skuteczność podań, najczęściej tych ostatnich. Mimo to bramkowe sytuacje były (Kosecki, Małecki), ale bramkarze długo zachowywali czyste konta.

Na obraz gry szkoleniowcy wpłynęli więc szkoleniowcy roszadami w składach. Nosa miał zwłaszcza Berg. Wprowadził na boisko m.in. Michała Kucharczyka, który po indywidualnej akcji (zbyt łatwo ograł Frączczaka, który do tego momentu spisywał się bardzo dobrze) pokonał strzałem z szesnastki Janukiewicza. Zmiennicy Pogoni takiego zamieszania na boisku nie zrobili, a to oznaczało, że Pogoń znów przegrała z Legią. Małe pocieszenie to fakt, że rozmiary były najniższe.

Dla Portowców był to ostatni występ w Szczecinie w sezonie 2013/14. Rozgrywki zakończą w niedzielę w Chorzowie.

Przy okazji spotkania kibice Pogoni zademonstrowali oprawę, którą tak głośno promowali. Dzięki wsparciu sponsorów, ale przede wszystkim mobilizacji samych fanów - klub ma największą sektorówkę w Polsce (a może nawet i w Europie), którą rozwinięto w 10. minucie spotkania. Efekt był, ale chyba jeszcze większe wrażenie robiły częste tego wieczoru donośne śpiewy kibiców.