Sport.pl

Polska Pogoń przegrała z Ruchem. Coraz gorsza sytuacja w tabeli

Po raz pierwszy w sezonie szczecińska drużyna rozpoczęła spotkanie ligowe tylko z Polakami w składzie. Ten pomysł Jana Kociana nie przyniósł powodzenia - Portowcy mogą znów spaść w tabeli, a czarne chmury zbierają się nad słowackim szkoleniowcem.
Już w 2. minucie meczu Michał Janota zakręcił przeciwnikiem na lewym skrzydle tak, że miał swobodę przy dośrodkowaniu. Wrzutka udała się średnio, bo bramkarz Ruchu nie musiał interweniować. Janota po raz pierwszy dostał szansę gry od trenera Jana Kociana. Było to pewnie efektem krytyki pod adresem szkoleniowca, że ten nie skorzystał z jednego z dwóch klasycznych rozgrywających w meczu z Górnikiem Łęczna, który Pogoń w ostatni poniedziałek przegrała.

Ustawienie Janoty na lewym skrzydle to nie była jedyna zmiana w składzie. O ile powrót Mateusza Matrasa na pozycję defensywnego pomocnika nie był niespodzianką, to już występ od pierwszej minuty Michała Koja bardzo zaskoczył. 22-letni zawodnik jako junior reprezentował Ruch, później grał w młodzieżowym zespole wielkiego Panathinaikosu, a od trzech lat jest w Pogoni. Wczoraj zagrał po raz piąty w ekstraklasie, pierwszy w tym sezonie. Jesień stracił na leczenie urazu, a w Chorzowie zastąpił Hernaniego i grał u boku Wojciecha Golli.

Cała trójka odegrała wczoraj ważne role na boisku. Janota nie tylko błysnął w pierwszej akcji, ale przede wszystkim w 34. minucie. Pogoń była w fatalnej sytuacji (przegrywała już 0:2), ale wróciła do życia m.in. dzięki wybornemu zagraniu Janoty w pole karne. Otworzył sytuację Rafałowi Murawskiemu. Kapitan strzelił z 8 m, bramkarz odbił przed siebie, a tam udem wbił piłkę do siatki Marcin Robak. Trzeci gol (i 7. w sezonie) w tym roku napastnika dawał nadzieję na uratowanie piątkowego spotkania.

Matras w pierwszej połowie sporo biegał, ale jakby bez pomysłu i szczęścia. Za to w 39. minucie udanym wślizgiem i wykopem - zapobiegł utracie trzeciej bramki. Najwięcej roboty miał za to Koj. Ruch atakował groźnie, a obrońcy Pogoni momentami im zostawiali za dużo miejsca. Do tego stopnia, że Bartłomiej Babiarz strzelił przepięknego gola (w 25. minucie strzałem z ponad 20 m przelobował Radosława Janukiewicza), a Grzegorz Kuświk wykończył fantastyczną kontrę gospodarzy (w 28. minucie). Pogoń miała stały fragment gry, ale to chorzowianie potrafili błyskawicznie zaatakować i nie dać się taktycznie sfaulować. W obu przypadkach błędy obrońców były ewidentne, więc i nota Koja - jak i kolegów - była skromna.

Wynik do przerwy determinował również grę Portowców po przerwie. Goście bardzo szybko mieli dobrą okazję do wyrównania, bo sędzia Marcin Borski dostrzegł faul na Adamie Frączczaku na 17. m przed bramką Ruchu. Chętnych do strzału było wielu graczy, ale ostatecznie spróbował Frączczak i trafił w mur.

W kolejnych minutach nie było jednak szturmu Portowców. Gra toczyła się w środku boiska - mało było bramkowych sytuacji. Ruch nastawił się na kontrę, Pogoń próbowała przebić się przed jego mur obronny. Minuty płynęły, Kocian na ostatnie 25 minut wpuścił Takafumiego Akahoshiego i Japończyk szybko mógł przypomnieć się wszystkim bramką. Nie wykorzystał jednak błyskotliwego dogrania od Janoty na 16. metrze. Co gorsza, od 60. minuty fizycznie zgasł Robak, który starał się walczyć z obrońcami, naciskał ich, ale przy wyprowadzeniu przez gości piłki - brakowało już mu szybkości i sił.

Czym bliżej końca - tym Pogoń bardziej się otwierała (na ostatnie 10 minut na boisko wszedł drugi napastnik Łukasz Zwoliński), a Ruch groźniej kontrował (niebezpieczny był zwłaszcza Kuświk). Bramki jednak już nie padły, głównie przez to, że w grze Pogoni nie było spokoju, jakości, pomysłu.

W następny piątek Pogoń podejmie Lechię Gdańsk, ale na boisku zabraknie Wojciecha Golli, który w Chorzowie dostał 4. żółtą kartkę w sezonie. Nie za faul, ale krytykę sędziego.