Świetny mecz Pogoni Szczecin w Krakowie, ale wystarczyło tylko na punkt

Pogoń przerwała serię porażek. Ma pierwszy punkt w grupie mistrzowskiej piłkarskiej ekstraklasy. Może nawet żałować, że będzie wracać tylko z jednym oczkiem, bo to był najlepszy występ portowców od kilku tygodni.
Faworytem była Wisła - nie tylko dlatego, że grała na swoim boisku, ale przede wszystkim dlatego, że lepiej wyglądała w dwóch poprzednich meczach grupy spadkowej. Zainkasowała 4 punkty - pokonując Górnika Zabrze i remisując w Gdańsku z Lechią, czyli z zespołami, z którymi portowcy sobie ostatnio nie poradzili. Za Białą Gwiazdą stała też historia ostatnich spotkań - cztery zwycięstwa i dwa remisy z Pogonią. A jeszcze na szpicy biegał zdrowy i w formie Paweł Brożek, który na pogoniarzy ma sposób (7 goli w 4 meczach).

Pogoń przystąpiła do spotkania jednak bez respektu i... przemeblowana. Trener Czesław Michniewicz na rezerwie pozostawił m.in. Radosława Janukiewicza, Maksymiliana Rogalskiego i Adama Frączczaka, a szansę dostali młodzi: Sebastian Murawski, Michał Walski i Dawid Kudła. Zaskakujące zmiany przyniosły zaskakujące efekty - Pogoń rozpoczęła z animuszem i już po kwadransie gry mogła prowadzić. Najlepszą sytuację zmarnował Łukasz Zwoliński - będąc tylko przed bramkarzem.

Po 20 minutach mecz się wyrównał, ale nadal imponowała aktywność szczecinian. Może i brakowało już tzw. setek, ale wciąż to Pogoń sprawiała lepsze wrażenie. Niestety, w 42. minucie błąd w ustawieniu Ricardo Nunesa i wiślacy wyprowadzili kontrę prawym skrzydłem. Błędu lewego obrońcy nikt nie naprawił i Maciej Jankowski wyłożył piłkę do Semira Stilicia, a ten pewnie pokonał Kudłę.

Wisła na prowadzenie nie zasługiwała, ale stracony gol nie załamał gości. W drugiej połowie - słabszej od pierwszej - Pogoń szukała wyrównania, nadal jej gra musiała się podobać. Nosa miał trener Czesław Michniewicz, który w 55. minucie podziękował za grę Walskiemu i Dominikowi Kunowi, a wprowadził bardziej doświadczonych Frączczaka i Michała Janotę. I chwilę później Janota zagrał do Zwolińskiego, ten wyłożył do Frączczaka, a najbardziej uniwersalny zawodnik Pogoni kropnął pod poprzeczkę.

Pogoń miała remis i... ochotę na kolejne bramki. I miała ku temu okazje. Świetną zmarnował Zwoliński, dobrą Rafał Murawski, a szczęścia próbowali też Frączczak czy Akahoshi. Czym bliżej jednak końca, tym wszystko wskazywało na remis. Niestety, w 86. minucie gospodarze wyprowadzili drugi cios. Nunes dał dośrodkować ze skrzydła, Rogalski podbił piłkę, a Sebastian Rudol przysnął przy kryciu i Mariusz Stępiński główką pokonał Kudłę.

Pogoń nie miała pomysłu, by zagrozić Wiśle, ale niebiosa czuwały nad sprawiedliwością. W 94. minucie Takafumi Akahoshi podał prostopadłą piłkę ze swojej połowy za linię obrony rywali, tam wybiegł kapitan zespołu, jednym zwodem z łatwością oszukał bramkarza Michała Buchalika oraz Arkadiusza Głowackiego i trafił do pustej bramki.

Pogoń zremisowała i... - Mamy przełamanie. Punkt z Wisłą w Krakowie zawsze jest cenny, bo najczęściej dostawaliśmy tu baty. Dziś była w nas sportowa złość, by po ostatnich porażkach w końcu przerwać tę złą serię - podsumował Adam Frączczak.

Porównując wszystkie spotkania w grupie mistrzowskiej - z tego sezonu i poprzedniego - Pogoń rozegrała najlepszy mecz na tym etapie rozgrywek. Pechowo i zarazem szczęśliwie wystarczyło to do remisu z Wisłą. W kolejnym meczu - w sobotę - portowcy podejmą Legię Warszawa (godz. 18).